Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozrywka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozrywka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 grudnia 2008

Girls rock! (and swing)



Już jakiś czas temu zwierzałam się w notce "Jazz zamiast harcerstwa", dlaczego mam ogromny sentyment do zjawiska młodzieżowych zespołów muzycznych, zwłaszcza jazzowych. Tak się ciekawie złożyło, że ostatnio miałam okazję obejrzeć kilka bardzo fajnych filmów o podobnej tematyce, które gorąco polecam.


It don't mean a thing...


"Swing girls"
rok produkcji: 2004
reżyseria: Shinobu Yaguchi
więcej o filmie w IMDB...


Grupa dziewcząt w pewnym prowincjonalnym liceum ostentacyjnie okazuje brak zainteresowania wszystkimi i wszystkim: wakacyjnym lekcjom matematyki, nauczycielom, szkolnej orkiestrze dętej, a zwłaszcza muzyce jazzowej. Jednakże, pewnego słonecznego popołudnia, kiedy dostarczają rzeczonej orkiestrze nieświeży lunch i niechcący wysyłają ich do szpitala na kilka dni, muszą się nagle zainteresować graniem na instrumentach, żeby reprezentować szkołę na festiwalu muzycznym. Początkowo są nieco przekorne i niechętne, ale w końcu odnajdują się w sytuacji, i nawet kiedy zjawia się z powrotem bardziej doświadczona orkiestra, dziewczęta z uporem maniaka kontynuują próby.

Przeszkody, jakie napotykają na swojej drodze początkujący muzycy, są czasem trudne do przeskoczenia. Najpierw trzeba kupić instrumenty - używane, bo na nowe nikogo nie stać. Potem trzeba naprawić instrumenty. Potem znaleźć miejsce na próby. Potem trzeba przekonać gitarzystki, że nie grają już w swoim zespole rockowym. Potem nauczyć się, co to synkopa. No i nauczyć się paru utworów. Nauczyć się grać równo. Przygotować uniformy. Tyle roboty...

Ale efekt jest wart zachodu!



Film jest niesamowicie zabawny, pogodny i wzruszający. Polecam z całego serca na poprawę humoru po ciężkim dniu.


Glamorous girl


"Nana"
rok produkcji: 2005
reżyseria: Kentarô Ôtani
scenariusz na motywach mangi autorstwa Ai Yazawa
więcej o filmie w IMDB...


Pewnego jesiennego wieczoru w pociągu do Tokyo spotykają się dwie dwudziestolatki. Łączy ich ten sam wiek i imię: Nana. Dzieli ich wszystko inne: sposób ubierania się, zainteresowania, plany na przyszłość, powód przyjazdu do Tokyo, temperament... Jednakże, parę dni po podróży los połączy ich znowu, we wspólnie wynajmowanym mieszkaniu. Mimo różnic, a może właśnie dzięki nim, dziewczyny połączy wielka przyjaźń, która przyniesie im obu oparcie i ukojenie.



Początkowo trohę nieufnie podchodziłam do tego filmu, zwłaszcza głównych postaci, nieco przerysowanych - ale przestało mnie to dziwić, kiedy dowiedziałam się, że fabuła jest oparta na mandze. Trzeba przyznać, że rzadko zdarza się tak wierne przełożenie komiksowej estetyki na warunki fabularne.



Fabuła jest raczej babska, nieco zakrawająca na romansidło, ale przy tym dość pouczająca i wciągająca. No i muzyka, która odgrywa znaczącą rolę w filmie - miła dla uszu miłośników j-rocka. Na próbę: najbardziej znany przebój z filmu, piosenka "Glamorous days".



Reasumując: film, który może nie powali na kolana, ani nie wniesie nic nowego do waszego życia, ale na pewno dostarczy dobrej rozrywki. Swoją drogą, mały ptaszek mi powiedział, że na motywach owej mangi powstał też serial anime - więc, drodzy czytelnicy, gdyby ktoś coś wiedział, jak mogę to zdobyć, to poproszę o cynk ;)


Girls rock!


"Linda, Linda, Linda"
rok produkcji: 2005
reżyseria: Nobuhiro Yamashita
więcej o filmie w IMDB...


Japońskie liceum, gdzieś na prowincji. Dość osobliwa szkoła, która ma nieźle wyposażoną salę muzyczną i kilka amatorskich zespołów rockowych. Jednym z nich jest żeński zespół, w którym grają Kyoko, Kei i Nozumi. Niestety, jak to wśród dziewczyn w wieku szkolnym bywa: dwie się obrażają na siebie, inna łamie rękę na meczu koszykówki... Band stoi na krawędzi rozpadu, kiedy Kei dość spontanicznie rekrutuje do zespołu uczennicę z wymiany międzynarodowej, Koreankę imieniem Son. Dziewczęta mają kilka dni i nocy, żeby opanować trzy piosenki z repertuaru legendarnej japońskiej grupy punkowej z lat 80., The Blue Hearts. Son ma jeszcze mniej czasu, żeby opanować japoński na tyle dobrze, by móc zaśpiewać. Kei musi opanować grę na gitarze. Oprócz tego serce nie sługa i paru szkolnych zalotników usilnie usiłuje rozproszyć nasze początkujące artystki. Czy dziewczynkom się uda?



Oczywiście, że tak, ale zakończenie filmu to akurat najmniej znaczący element tej historii. Dlatego chyba nikt nie będzie mi miał za złe, że na zachętę pokażę scenę finałową...



Właśnie ten film z całej trójki uważam za najciekawszy i najbardziej godny polecenia. Może nie dlatego, że odbiega jakoś poziomem artystycznym od pozostałych, ale z powodu kilku drobniejszych "smaczków":

  • Niepowtarzalny klimat japońskiej komedii: "Swing girls", jakkolwiek przezabawny i ogólnie fantastyczny, jest nieco rubaszny. "Linda, Linda, Linda" to komedia bardziej w stylu japońskim: raczej mało płynne dialogi, trochę dłużyzn i fabuła prowadzona w sposób mało oczywisty (zwłaszcza sam początek). Dla mało obeznanych z japońską komedią może się to wydać trochę nużące, ale naprawdę zachęcam do spróbowania. Osobiście wolę filmy, w których trzeba włączyć mózg, nawet, jeżeli mają być rozrywkowe.
  • The Blue Hearts - uważany za jeden z najbardziej wywrotowych zespołów w historii japońskiego rocka, często przyrównywany do The Clash i Sex Pistols. Świetny punk rock i doskonała odtrutka na nijakie pioseneczki zespołów Visual Kei (których osobiście nie lubię, z małymi wyjątkami).
    Dla porównania: utwór "Linda Linda", wykonywany również przez nasze dzielne dziewczyny.



    Serdecznie polecam te filmy wszystkim japonofilom i muzykoholikom, wszystkim zdołowanym zimowym niedoborem światła, wszystkim, którzy po cichu brzdąkają na gitarze w domach, chociaż mogliby oglądać telewizję aż zasną, no i przede wszystkim - lubiącym się pośmiać i dobrze pobawić.


    O filmach zapewne nie tylko bym nie usłyszała, ale i też nie mogła ich obejrzeć, gdyby nie pewien ciekawy blog znaleziony w otchłaniach internetu:
    The Wired
    Polecam :)

  • niedziela, 28 września 2008

    Nareszcie coś dla oka



    Nie sposób uogólniać, nie sposób jednoznacznie stwierdzić, czy Japończycy są bardziej czy mniej urodziwi od Europejczyków. Ja jestem raczej skłonna twierdzić, że pod każdą szerokością i długością geograficzną znajdą się zapierające dech "ciacha". Ci, którzy mają szczególny urok, goszczą z reguły na mniejszych i większych ekranach. Zgodnie z tematyką bloga, polecam uwadze pań - i być może panów, nie wnikam w niczyje preferencje i staram się nie dyskryminować żadnej opcji - paru naprawdę gorrrących panów z Kraju Kwitnącej wiśni.

    Tadanobu Asano (ur. 27 listopada '73 w Yokohamie). Muzyk, aktor, producent, model. Znany z takich filmów jak "Smak herbaty", "Funky forest: the first contact", "Zatoichi", "Mongoł"... Osobiście mój numer 1. Pochłaniam każdy film, jaki pojawia się w moim zasięgu z jego choćby śladowym udziałem. Niestety, nie miałam dotąd okazji usłyszeć zbyt wiele muzyki jego zespołu rockowego.
    Drogie panie i panowie, spokojnie: jest żonaty (z popularną piosenkarką japońską o pseudonimie Chara) i ma kilkuletnią latorośl.

    Shinji Takeda (ur. 18 grudnia '72 w Sapporo). Aktor, muzyk. Dość tajemniczy facet, trudno znaleźć jakieś konkretne informacje na jego temat w internecie. Lubię jego krzaczaste brwi i nieco mocniejsze rysy, niezbity dowód na korzenie rasy Ainu (który to lud osiadł kiedyś na Hokkaido). Można go podziwiać w filmach "Tabu" i "Tokyo eyes" (którego, niestety, jeszcze nie widziałam). Swego czasu natrafiłam na youtube na jego występ na żywo z zespołem Go!Go!7188, gdzie gościnnie przygrywał na saksofonie w utworze "Bugu". Szkoda, że jakieś pazerniaki zdrapały to z "tuby" :(

    Kôji Yakusho (ur. 1 stycznia '56 w Nagasaki) popularny na Zachodzie aktor, ze świetnie opanowanym angielskim. Znany z kreacji w filmach "Babel", "Wyznania gejszy" lub "Jedwab". Mały ptaszek właśnie mi powiedział, że grał on również główną rolę w filmie "Shall we dansu", pierwowzorze hollywoodzkiego hitu z Jennifer Lopez i Richardem Gere. Chciałabym ten film zobaczyć, więc jeżeli któryś z szanownych czytelników cokolwiek wie o jego dostępności, polecam się ich uwadze ;) Lubię twarz Koji, jest bardzo szlachetna. Szkoda, że to nie on grał rolę Prezesa w "Wyznaniach gejszy", przypomina mi jego powieściowy opis, gdzie Sayuri opisuje twarz Prezesa jako swoje własne wyobrażenie oblicza Buddy.

    Akira Terao (ur. 18 maja '47 w Kanagawa), aktor i muzyk. Wystąpił w trzech filmach Kurosawy "Dreams", "Ran" i "Ame agaru". W Japonii znany jest także jako piosenkarz, wykonawca hitu lat 80., piosenki "Ruby no youbiwa". Żeby ukrócić wszelkie podejrzenia: nie należę do grona postrzelonych dzierlatek, które lubią "dojrzałych mężczyzn" (żeby nie powiedzieć "starych pierników"). Lubię po prostu uśmiech Akiry. Jest taki pogodny i dobroduszny. Na pewno głównie dlatego, że twarz Akiry kojarzy mi się z postacią Ihei Misawa z "Ame agaru".

    Ken Watanabe (ur. 21 października '59 w Uonuma). Aktor, znany z kreacji w hollywoodzkich hitach takich jak "Wyznania gejszy" (tam w roli Prezesa), "Ostatni samuraj", a ostatnio "Listy z Iwo Jimy" (którego jeszcze nie widziałam, ale niebawem zamierzam). Ujmujący, choć trudno mi wyrazić, dlaczego. Chętnie zobaczyłabym go w jakimś prawdziwie japońskim filmie, gdzie porzuca na dobre swój doskonały angielski na rzecz japońskiego.



    Susumu Terajima (ur. 12 listopada '63 w Tokyo) to chyba jeden z najbardziej pracowitych aktorów japońskich. Pojawia się dosłownie w każdym filmie, który warto zapamiętać: filmach o yakuza Takeshi Kitano ("Brother", "Hana-bi"), u Katsuhito Ishii ("Smak herbaty", "Naisu no mori"), u Takashi Miike ("Ichi the killer"). Potrafiłby zagrać nawet stołową nogę, gdyby chciał. Bo co to dla aktora, który był już gangsterem, policjantem, pierdołowatym nauczycielem w gimnazjum i duchem?



    Takeshi Kaneshiro (ur. 11 listopada '73 na Taiwanie) - ten pan trochę nie pasuje do zestawu, ponieważ, mimo ojca-Japończyka i japońskiego nazwiska, ten pan jest przede wszystkim urodzony w Chińskiej Republice Ludowej (dyskusję o przynależności Tajwanu do ChRL zostawmy sobie na inną okazję) i jest powszechnie znany jako aktor chiński ("Dom latających sztyletów" Zhang Yimou, "Fallen angels" Wong Kar Wai). Niemniej, Takeshi biegle włada japońskim i czasem pokazuje się w japońskich produkcjach (ostatnio w filmie SF "Returner"). Buźkę ma przeuroczą i jest naprawdę gorrrrący, więc nie mogłam sobie podarować okazji, żeby ją tu umieścić.

    Ktoś mógłby się trochę zdziwić, że umieszczam tu tylko aktorów i to nie najmłodszych. Cóż, po pierwsze: nie lubię gwiazd Visual Kei, bawi mnie bardzo ten styl i podziwiam odwagę tych chłopaków, ale wolę mężczyzn ubranych tradycyjnie. Jeżeli zas chodzi o młodocianych aktorów, to chyba potrzebują jeszcze wiele szlifu, bo ich twarze są bardzo nijakie i nie kojarzą mi się z niczym.

    poniedziałek, 11 sierpnia 2008

    Japonia w filmach zachodnich



    Temat Dalekiego Wschodu był zawsze chwytliwy na Zachodzie, ale dopasowywanie historii i obyczajów Japończyków na potrzeby Hollywood wypada na ogół żenująco i głupio. Nie bądźmy jednak niesprawiedliwi - są perełki, które każdy szanujący się japonofil powinien zaliczyć, choć obrazy te zostały zrobione za amerykańskie dolary.

    Między słowami (Lost in translation)

    Drugi film Sofii Coppoli, po dość udanym debiucie reżyserskim w filmie "Przekleństwa niewinności" ("Virgin suicides"). Opowiada historię spotkania dwojga Amerykanów: Boba, aktora, który czasy świetności ma już za sobą i dla podreperowania budżetu kręci reklamę whiskey Suntory w Tokyo i Charlotte - żony swojego męża-fotografa, który jest tak zajęty fotografowaniem j-rockowego zespołu i brylowaniem w tzw. śmietance, że nie zauważa, jak znudzona i zagubiona jest jego młoda żona. Co ciekawe, film ten jest bardzo osobisty, co potwierdzają niektóre fakty z życia Sofii Coppoli i Billa Murraya. Istotnie, Sofia odwiedziła Tokyo po raz pierwszy w towarzystwie swojego pierwszego męża, Spike'a Jonze, który zaniedbywał ją, ale się lansować w tokijskich kręgach artystycznych. Ten właśnie wyjazd był gwoździem do trumny ich małżeństwa. Bill Murray natomiast istotnie przeżywał w owym czasie kryzys i Sofia Coppola mocno się natrudziła, żeby odnaleźć go i namówić do powrotu na plan filmowy. No i tajemnicą Poliszynela jest, że przebrzmiałe sławy amerykańskiej Fabryki Snów istotnie dorabiają sobie w japońskich reklamach.

    Japonia oczami dwojga nieco zblazowanych i bardzo zagubionych Amerykanów wygląda pstrokato, hałaśliwie i zabawnie, trochę przy tym męcząco. Na pierwszy rzut oka można by pomyśleć: jakże to tak? Są w Tokio, pierwszy i być może ostatni raz w życiu, a zabijają nudę w hotelowym basenie? A jednak z własnego doświadczenia wiem, jak obce miejsce potrafi przytłoczyć osobę, ktora nie jest dziennikarzem National Geographic. Charlotte i Bob ciężko znoszą kulturalną barierę i nie rozumieją Japończyków, ale chwilowe zanurzenie się w zgiełk karaoke, salonów pachinko i nocnego życia w Shinjuku pozwala im zdystansować się i spojrzeć z innej perspektywy na swoje życie. Co ciekawe, owo objawienie przychodzi właśnie z zagubienia, a nie z odwiedzin buddyjskich świątyń czy gorących kąpieli. Kocham ten film gorąco od pierwszego obejrzenia i być może jego obejrzenie było jedną z podwalin mojego japonofilstwa.
    więcej o filmie w IMDB...

    Czarny deszcz (Black rain)

    Nie jestem miłośniczką filmów sensacyjnych, ale Ridley Scott dobrym filmowcem jest i uznałam, że mogę mu zaufać. I dobrze zrobiłam! Świetne oddanie atmosfery nocnego życia w Tokio: nocne kluby, hostessy, yakuza... Rzadko spotyka się amerykański film robiony z takim szacunkiem dla obcej kultury i obcych standardów estetycznych.

    Film opowiada o amerykańskim policjancie, który wraz z partnerem ma za zadanie odstawić do Tokyo niebezpiecznego przestępcę, członka yakuzy nazwiskiem Sato. Niestety, na miejscu gangster zostaje odbity, partner głownego bohatera skrócony o głowę, a nasz samotny mściciel chce pomścić śmierć przyjaciela i złapać Sato. Oprócz różnych smaczków, takich jak amerykańska hostessa w night clubie (wszyscy chyba wiedzą, jak wielkie wzięcie mają białe blondynki w Japonii; nie brakuje ofert pracy dla Polek i Ukrainek w charakterze hostessy, modelki lub tancerki), Sato odcinający sobie palec, aby obłaskawić szefów, którym podpadł, rzekome formularze policyjne w języku japońskim, które okazują się druczkami z ubezpieczalni (bo kogo obchodzą normy międzynarodowe), cała historia ma japoński wydźwięk. Nick (główny bohater) nie chce wrócić do swojego kraju bez zakończenia sprawy śmierci partnera i złapania Sato - zupełnie jak przed wiekami robili samuraje, którzy nie mogli się pokazać u swojego daimyo na dworze, dopóki nie naprawili szkód i nie zmyli plamy na honorze, jeżeli taka się pojawiła. Również, w ostateczności, Nick zwraca się o pomoc nie do policji, która chce go deportować z powrotem do USA i zatuszować sprawę, tylko do samej rodziny yakuzy, której Sato podlega, gdyż sam rozumie, że członkowie yakuzy najlepiej sami pilnują porządku w swoim gronie i lepiej nie mieszać do tego osób trzecich czy organów państwowych - zupełnie jak w feudalnej Japonii, w której nikt nie ufał władzy centralnej i wszelkie problemy był rozwiązywanie w obrębie wioski, rodziny, zamku, szkoły fechtunku itp.
    więcej o filmie w IMDB...

    Kill Bill vol. 1

    Błyskotliwy i przebojowy film Quentina Tarantino, chyba tak sławny, że nie warto go tutaj streszczać, ale dla porządku: panna młoda zostaje ciężko ranna na swoim ślubie, jej narzeczony zabity, a nienarodzone dziecko unicestwione. Budzi się po kilku latach ze śpiączki i szuka zemsty, jako pierwszy obiekt wybierając O-ren Ishii (w tej roli świetna Lucy Liu), a przedtem odbywając trening u mistrza Hattori Hanzo na Okinawie.



    Postać O-Ren Ishii - fuj (kobieta-szef yakuzy? chyba tylko w komiksach!). Japoński Umy Thurman - fuj. Reszta - mniam!

    Podoba mi się, że Tarantino odbiegł w stronę estetyki anime i manga, przerysowując postaci i akcję, zwłaszcza sceny walk. Cały tokijski epizok do jedno wielkie puszczenie oka w stronę japońskich filmowców wszystkich pokoleń, od Akiry Kurosawy po Takashi Miike.
    Dzięki Tarantino i "Kill Bill" odkryłam Meiko Kaji i jej piosenki, które bardzo lubię. Co więcej, dzieki "Kill Bill" świat zachodni poznał wielokrotnie juz przeze mnie wychwalany film "Smak herbaty", gdyż Katsuhito Ishii jest autorem sekwencji animowanej w "Kill Bill vol.1" i "Cha no aji" został zaprezentowany na pokazach towarzyszących. Dzięki, mister Q!
    więcej o filmie w IMDB...

    Pillow book

    Film opowiada historię Nagiko, miłośniczki kaligrafii, która szuka kochanka, bedącego jednocześnie mistrzem pędzla. Kiedy poznaje angielskiego tłumacza, Jerome (świetnego kochanka i strasznego gryzmoły), sama zaczyna tworzyć, za materiał obierając sobie ludzkie ciało. To tak po wierzchu, bo w rzeczywistości historia ma jeszcze drugie i trzecie dno, i może jeszcze czwarte.

    Dlaczego warto?
    Po pierwsze: śmiałość i wyrazista erotyka. Greenaway odszedł w ten sposób od europejskiej pruderii w stronę tradycji shunga. Można śmiało i pięknie jednocześnie? Można.
    Po drugie: pierwszy kontakt z bodajże najstarszym zabytkiem literatury dworskiej w Japonii, tytułową "Książką do poduszki" Sei Shonagon, damy dworu cesarzowej w okresie Heian. Dzieło to jest obficie cytowane przez Nagiko, a ona sama tworzy coś podobnego w formie poprzez prowadzenie pamiętnika.
    Po trzecie: nastrojowość i piękno. Niepowtarzalne.
    więcej o filmie w IMDB...

    8 1/2 kobiety

    I znowu Peter Greenaway, najwyraźniej przeżywający wówczas okres wzmożonej fascynacji Japonią.

    Akcja rozgrywa się głównie w Anglii, ale również w Kyoto. Nagle owdowiały starszy, zamożny człowiek, za namową syna zakłada sobie swoj prywatny harem, gromadząc dookoła na swoje usługi 8 dziwnych kobiet o bardzo złozonych osobowościach. Kilka z nich pochodzi właśnie z Kyoto,w którym rozgrywa się kilka scen. Szczególnie polecam uwadze oglądających "koncert" z grających neonów salonów gier w Kioto.
    więcej o filmie w IMDB...

    Nie warto skreślać filmu o Japonii tylko dlatego, że jest amerykański/brytyjski/francuski. Nie będzie to może dobre uzupełnienie kompendium wiedzy o Japonii, ale na pewno pouczające zetknięcie z wrażliwością drugiego japonofila. Na szczęście nie każdy jest tak głupi i ograniczony jak Arthur Golden...

    niedziela, 13 lipca 2008

    Piękno męskiej przyjaźni




    Hama-chon i Mattsun w jednym stali gimnazjum. Czasem występowali w szkolnym radiu jako duet komików. Potem Hama-chon poszedł do elitarnego liceum o pruskim drylu, Mattsun do miejscowego technikum. Być może Hama-chon stałby się potem studentem Uniwersytetu Tokijskiego i znaną osobistością świata biznesu i polityki. Być może Mattsun stałby się poważanym inżynierem. Jednakże, Hama-chon nie miał natury kujona i często uciekał z internatu, ukrywając się u Mattsun, pożyczając na wieczne nieoddanie pieniądze i wyjadając zapasy z lodówki. Zaś sam Mattsun wolał grać w zespole rockowym i chodzić na randki.

    Tak więc, po maturze Masatoshi "Hama-chon" Hamada i Hitoshi "Mattsun" Matsumoto podążyli za swą prawdziwą naturą i zaczęli próbować swoich sił jako komicy.

    Początki były trudne. Co prawda, wzięła ich pod swoje skrzydła renomowana agencja artystyczna New Star Creation, działająca z ramienia korporacji rozrywkowej Yoshimoto Kōgyō w Osace, starsi koledzy po fachu oceniali pozytywnie ich wczesne próby, ale... nikt się nie śmiał. Nikt nie przychodził na ich występy, choć bilety były za darmo. Prawie porzucili nadzieje na karierę sceniczną, bo trudno o podtrzymanie płomienia wysokich aspiracji, kiedy ciągle mieszka się z rodzicami i trzeba imać się dorywczych zajęć, żeby cokolwiek zarobić. Właśnie wtedy powstała nazwa Downtown, choć nikt jeszcze tej marki z niczym nie kojarzył.

    W końcu nadeszło ich 5 minut, które zamieniło się potem w trwający już od ponad 20 lat romans z telewizją. Program muzyczny "Yoji Desu Yōda" ("Jest czwarta") po pewnym czasie prowadzili już przy akompaniamencie pisku nastolatek, w przerwach pozując do sesji zdjęciowych jak modele, a także nagrywając płyty.

    W 1989 roku przeprowadzili się do Tokio i wrócili do komedii. Początkowo w mało znanych programach, aż w końcu w przebojowych Gaki no tsukai (o którym napiszę innym razem), Hey!Hey!Hey! Music Champ, Downtown no Gottsu Ee Kanji i Downtown DX. Pewnie nieraz dziwiliście się, oglądając jakiś odjechany japoński teleturniej, że ciągle robią z siebie idiotów ci sami faceci. Może już wtedy poznaliście Hama-chon i Mattsun.

    Jak na ironię, panowie obecnie spędzają ze sobą tyle czasu w pracy, że prywatnie nigdy się nie spotykają nawet nie znają swoich numerów telefonów. Mattsun ponoć nawet powiedział na antenie, że wolałby jeść z podłogi niż iść z Hama-chon na kolację. A mimo to, nawet nie biorą pod uwagę artystycznego rozwodu czy stworzenia kabaretu z kimkolwiek innym. Osobliwy typ przyjaźni, a jednak piękny.

    Trochę teorii:
    Styl komedii, jaki prezentują Downtown nazywa się manzai. Polega on na tym, że skecze wykonuje zawsze para komików: jeden nazywany jest tsukkomi (poważny facet), a drugi - boke (śmieszny facet). Styl skeczów polega na wyrzucaniu dowcipów z szybkością karabinu maszynowego w formie konwersacji między komikami, kompletnie ignorującymi obecność publiczności. To prawie jak rozmowa ze starym kumplem, gdzie przechodzą żarty, których nigdy nie dopuściłbyś się wobec osoby, z którą nie łączy cię żadna zażyłość. Rozmowy są szorstkie, często obfitują w drobne rękoczyny i wyglądają wręcz jak kłótnia.
    Styl manzai pochodzi z Osaki.
    Fachowcy twierdzą, że duet Downtown na zawsze zmienił oblicze manzai i wniósł doń zupełnie nową jakość.

    Obserwując zachowanie Mattsun i Hama-chon można mieć wrażenie, że się nie lubią i ciągle kłócą. Niemniej, kto lepiej rozumie istotę męskiej przyjaźni, bez trudu dostrzeże, że tak naprawdę ci dwaj znają się jak łyse konie. Bo prawdziwi przyjaciele nie muszą się ze sobą cackać - w końcu na czyją szczerość najbardziej liczysz?

    Dzięki nieocenionemu serwisowi youtube możemy teraz docenić nie tylko mimikę Matsumoto, ale też i żart słowny. Na liście odtwarzania poniżej zebrałam najciekawsze skecze Downtown z napisami angielskimi (że nie polskie? błagam, nie wymagajcie za wiele...). Przywiązanie się do krzesła, żeby z niego nie spaść ze śmiechu, szczerze zalecane. Miłego oglądania.