środa, 18 kwietnia 2012
wtorek, 21 października 2008
Zatańczymy?
...czyli "Shall we dansu?" kontra "Shall we dance?".
Właściwie to wszystko zrobiłam na opak. Najpierw zobaczyłam wersję amerykańską, potem usłyszałam o japońskiej, która była pierwowzorem, a potem zobaczyłam wersję japońską.
Jeśli chodzi o sam film - cóż, ograniczę się do stwierdzenia, że warto zobaczyć którąkolwiek wersję.
Historia wygląda następująco: zmęczony rutyną i obowiązkami wobec rodziny salaryman, podczas jazdy pociągiem do domu, po kolejnym męczącym dniu w pracy, dostrzega w oknie szkoły tańca młodą kobietę o melancholijnym spojrzeniu. Po paru dniach postanawia zapisać się na kursy do owej szkoły, aby lepiej poznać smutne dziewczę, które wypatrzył z okna pociągu, lecz nie spodziewając się wcale, że taniec stanie się jego nowym hobby, któremu poświęci się z wielką ochotą, i że podstawy quickstepa i walca pomogą mu odnaleźć radość życia i spotkać prawdziwych przyjaciół.
Jak już wspomniałam, trudno mi się właściwie zdecydować, który film był lepszy. Generalnie pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to że wersja amerykańska jest dość dokładnie zerżnięta z japońskiej! Jestem głęboko oburzona tym brakiem kreatywności. Historia nie przyniosła mi żadnej niespodzianki, nawet niektóre dialogi zostały skopiowane, oczywiście wiekszość gagów, a nawet sposób zachowania niektórych bohaterów.
Jednakże, kiedy bliżej się przyjrzeć obu filmom, można zaobserwować nie tylko ciekawą różnicę obyczajów w obu krajach, ale też to, jak zmieniła się moda i zapatrywania filmowców na taniec przez te 8 lat między powstaniem obu filmów.


Tak więc, naprawdę trudno mi się zdecydować, który z tych dwóch filmów jest lepszy. W gruncie rzeczy są do siebie bardzo podobne i to już wpływa na niekorzyść wersji amerykańskiej, bo po prostu Japończycy byli pierwsi. Richard Gere i Koji Yakusho równie oszałamiająco przystojni. Moda i muzyka zasadniczo lepsza w wersji amerykańskiej.
Jest jednakże jeden, dość ważny według mnie, szczegół, który pominięto w wersji amerykańskiej. Chodzi o historię Mai/Pauliny. Zwróćmy uwagę, że Paulina nie opowiada naprawdę jasno, co się stało w finałach w Blackpool, gdzie poniosła klęskę. Generalnie Paulina jest dość nudną postacią i więcej wygląda niż mówi. Mai ma historię i jest swego rodzaju przeciwwagą dla reszty bohaterów, "zwykłych" ludzi, którzy cieszą się tańcem. Nie zdradzę bliższych szczegółów, bo nie chcę psuć niespodzianki.
Staram się być uczciwa i nie potępiać w czambuł wszystkiego co amerykańskie, chwaląc wszystko co japońskie. Dlatego wszystkim skonsternowanym radzę: obejrzyjcie oba i sami zdecydujcie, co wolicie.
Shall we dansu?
rok produkcji: 1996
scenariusz i reżyseria: Masayuki Soo
występują: Koji Yakusho, Tamiyo Kusakari, Eriko Watanabe, Naoto Takenaka, Hideko Hara i inni
Shall we dance
rok produkcji: 2004
scenariusz: Masayuki Suo, Audrey Wells
reżyseria: Peter Chelsom
występują: Richard Gere, Jennifer Lopez, Susan Sarandon, Stanley Tucci, Lisa Ann Walter i inni
Etykiety: ciekawostki, filmy, refleksje 0 komentarzy
niedziela, 13 lipca 2008
Piękno męskiej przyjaźni
Hama-chon i Mattsun w jednym stali gimnazjum. Czasem występowali w szkolnym radiu jako duet komików. Potem Hama-chon poszedł do elitarnego liceum o pruskim drylu, Mattsun do miejscowego technikum. Być może Hama-chon stałby się potem studentem Uniwersytetu Tokijskiego i znaną osobistością świata biznesu i polityki. Być może Mattsun stałby się poważanym inżynierem. Jednakże, Hama-chon nie miał natury kujona i często uciekał z internatu, ukrywając się u Mattsun, pożyczając na wieczne nieoddanie pieniądze i wyjadając zapasy z lodówki. Zaś sam Mattsun wolał grać w zespole rockowym i chodzić na randki.
Tak więc, po maturze Masatoshi "Hama-chon" Hamada i Hitoshi "Mattsun" Matsumoto podążyli za swą prawdziwą naturą i zaczęli próbować swoich sił jako komicy. Początki były trudne. Co prawda, wzięła ich pod swoje skrzydła renomowana agencja artystyczna New Star Creation, działająca z ramienia korporacji rozrywkowej Yoshimoto Kōgyō w Osace, starsi koledzy po fachu oceniali pozytywnie ich wczesne próby, ale... nikt się nie śmiał. Nikt nie przychodził na ich występy, choć bilety były za darmo. Prawie porzucili nadzieje na karierę sceniczną, bo trudno o podtrzymanie płomienia wysokich aspiracji, kiedy ciągle mieszka się z rodzicami i trzeba imać się dorywczych zajęć, żeby cokolwiek zarobić. Właśnie wtedy powstała nazwa Downtown, choć nikt jeszcze tej marki z niczym nie kojarzył.
W końcu nadeszło ich 5 minut, które zamieniło się potem w trwający już od ponad 20 lat romans z telewizją. Program muzyczny "Yoji Desu Yōda" ("Jest czwarta") po pewnym czasie prowadzili już przy akompaniamencie pisku nastolatek, w przerwach pozując do sesji zdjęciowych jak modele, a także nagrywając płyty. W 1989 roku przeprowadzili się do Tokio i wrócili do komedii. Początkowo w mało znanych programach, aż w końcu w przebojowych Gaki no tsukai (o którym napiszę innym razem), Hey!Hey!Hey! Music Champ, Downtown no Gottsu Ee Kanji i Downtown DX. Pewnie nieraz dziwiliście się, oglądając jakiś odjechany japoński teleturniej, że ciągle robią z siebie idiotów ci sami faceci. Może już wtedy poznaliście Hama-chon i Mattsun.
Jak na ironię, panowie obecnie spędzają ze sobą tyle czasu w pracy, że prywatnie nigdy się nie spotykają nawet nie znają swoich numerów telefonów. Mattsun ponoć nawet powiedział na antenie, że wolałby jeść z podłogi niż iść z Hama-chon na kolację. A mimo to, nawet nie biorą pod uwagę artystycznego rozwodu czy stworzenia kabaretu z kimkolwiek innym. Osobliwy typ przyjaźni, a jednak piękny.
Trochę teorii:
Styl komedii, jaki prezentują Downtown nazywa się manzai. Polega on na tym, że skecze wykonuje zawsze para komików: jeden nazywany jest tsukkomi (poważny facet), a drugi - boke (śmieszny facet). Styl skeczów polega na wyrzucaniu dowcipów z szybkością karabinu maszynowego w formie konwersacji między komikami, kompletnie ignorującymi obecność publiczności. To prawie jak rozmowa ze starym kumplem, gdzie przechodzą żarty, których nigdy nie dopuściłbyś się wobec osoby, z którą nie łączy cię żadna zażyłość. Rozmowy są szorstkie, często obfitują w drobne rękoczyny i wyglądają wręcz jak kłótnia.
Styl manzai pochodzi z Osaki.
Fachowcy twierdzą, że duet Downtown na zawsze zmienił oblicze manzai i wniósł doń zupełnie nową jakość.
Obserwując zachowanie Mattsun i Hama-chon można mieć wrażenie, że się nie lubią i ciągle kłócą. Niemniej, kto lepiej rozumie istotę męskiej przyjaźni, bez trudu dostrzeże, że tak naprawdę ci dwaj znają się jak łyse konie. Bo prawdziwi przyjaciele nie muszą się ze sobą cackać - w końcu na czyją szczerość najbardziej liczysz?
Dzięki nieocenionemu serwisowi youtube możemy teraz docenić nie tylko mimikę Matsumoto, ale też i żart słowny. Na liście odtwarzania poniżej zebrałam najciekawsze skecze Downtown z napisami angielskimi (że nie polskie? błagam, nie wymagajcie za wiele...). Przywiązanie się do krzesła, żeby z niego nie spaść ze śmiechu, szczerze zalecane. Miłego oglądania.
Etykiety: ciekawostki, humor, rozrywka, sylwetki 1 komentarzy
niedziela, 16 marca 2008
Jazz zamiast harcerstwa
Moje życie przez wiele lat był dość ściśle związane z muzyką. Moi rodzice bardzo lubią śpiewać, mama uczyła mnie dużo piosenek, mój ojciec świetnie gra na gitarze (choć jest zupełnym samoukiem), a ja sama od dzieciństwa lubiłam śpiewać i słuchać muzyki z kaset. Kiedy miałam 10 lat, zupełnie naturalnie i bez przymusu zapragnęłam grać na gitarze. Krótko potem umiałam już zagrać kilka piosenek, głównie z repertuaru Bułata Okudżawy, Wolnej Grupy Bukowina czy Starego Dobrego Małżeństwa. Potem był kościelny chór, zespół grający na "mszach młodzieżowych", trio gitar klasycznych, w końcu - zespół jazzu tradycyjnego. Nie chcę się tutaj za bardzo uzewnętrzniać, bo ten blog nie ma charakteru osobistego, chciałam tylko uzasadnić, dlaczego moje nowe muzyczno-japonofilskie odkrycie, które zaprezentuję w dzisiejszej notce, tak bardzo mnie zachwyciło, choć z artystycznego punktu widzenia nie jest niczym wyjątkowym.
Moje odkrycie to szkolna orkiestra jazzowa z Kobe: Big Friendly Jazz Orchestra. Zespół stricte żeński, o formule big bandu swingowego. W swoim repertuarze mają całą masę standardów jazzowych, występują na rozmaitych festiwalach i imprezach charytatywnych, często razem ze znamienitymi gośćmi. 
Dlaczego mnie to bawi? Ano, bo zespół jazzowy, w którym grałam również składał się z samych kobitek, grałyśmy standardy jazzowe i tłukłyśmy się po różnych imprezach mniej lub bardziej festynowych. Tyle, że miałyśmy tzw. "skład chicagowski" (sekcja rytmiczna +"dęciaki": trąbka, puzon i klarnet lub 2 saksofony, razem 6-8 osób). Zdarzyło nam się również zagrać z lokalnymi gwiazdami jazzu, albo po prostu przypadkowymi muzykami z publiczności, którzy mieli przy sobie instrumenty i chcieli się dołączyć. Wszystko to wspominam jako okres wytężonej pracy (próby 3 razy w tygodniu, przed większymi występami bywały i codziennie, do tego należy dodać koncerty i wyjazdy), zdobywania ciekawych doświadczeń i przede wszystkim dobrej zabawy.
Pamiętam, jak kiedyś obskoczyłyśmy warsztaty jazzowe w Niemczech, gdzie obok orkiestr niemieckich pojawiła się również orkiestra z Polski (czyli my), big band ze Szwecji (bardzo dobry), norweski saksofonista... Bo jazz jest dobrem międzynarodowym i lepiej pokonuje bariery językowe i kulturowe niż jakakolwiek inna odmiana muzyki (w końcu mówi się o j-rocku, j-popie, c-rocku, ale nikt nie mówi o j-jazzie). Może właśnie swing, a nie kościół katolicki czy scouting, powinny spajać środowiska młodzieżowe na całym świecie? Swing to pozytywna energia, optymistyczny przekaz bez słów, który również kształtuje wrażliwość, a w przeciwieństwie do całego emo-chłamu nikomu nie zagraża oszpeceniem nadgarstków.
Tak więc, apeluję do was, rodzice, młodzieży: słuchajcie swinga, grajcie swinga, kupcie dziecku saksofon! (tylko najpierw sprawdźcie, czy ma słuch) Bawcie się równie dobrze jak panny w zespole Big Friendly Jazz Orchestra:
Lecz zanim zagracie swoje pierwsze "In the mood" (dość trudny utwór i wyłącznie na duże składy), polecam wejść na youtube i szukać pod hasłem "bfjo" lub posłuchać mojej playlisty:
Niech jazz będzie z wami!
Etykiety: ciekawostki, muzyka 0 komentarzy
niedziela, 10 lutego 2008
Dostojewski i Kurosawa
Niedawno postanowiłam zaznajomić się ze zjawiskiem książki mówionej (praca trochę wyczerpuje mój wzrok i cierpliwość do przyswajania słowa pisanego). Na pierwszy ogień poszedł "Idiota" Fiodora Dostojewskiego w interpretacji Jacka Rozenka. Zawsze chciałam przeczytać tę powieść, a Dostojewski jest dość... mówiąc oględnie, ciężki, więc uznałam że czytany przez ładny męski głos będzie nieco łatwiejszy w odbiorze.
Nie myliłam się ani co do Dostojewskiego, ani co do książki mówionej. Historia bardzo mnie wciągnęła i już prawie skończyłam "czytać". Uznałam więc, że mogę teraz obejrzeć jakąś ekranizację, zwłaszcza, że powieść bardzo podziałała na moją wyobraźnię i miałam już jakąś wizję, jak wyglądają bohaterowie.
Całkiem przypadkiem natrafiłam w wikipedii na informację, że ekranizacji tej wspaniałej powieści podjął się sam Akira Kurosawa. Było dośc oczywiste, że nie mogłam tego przegapić!
Kurosawa zrobił to oczywiście na swój sposób: akcję przeniósł z XIX-wiecznej Rosji do powojennej Japonii. Bohaterowie otrzymali japońskie imiona i nazwiska, zmieniły się też trochę ich zawody, rangi i okoliczności w jakich los rzuca ich w wir wydarzeń. Jadnakże sama istota historii, a także większość jej szczegółów pozostała niezmieniona.
Nie będę się zagłębiać w szczegóły fabuły - odsyłam do powieści, bo naprawdę warto. Skupię się bardziej na samym filmie i moich spostrzeżeniach.
Bohaterowie
Książę Lew Nikołajewicz Myszkin (Kinji Kameda) - zdecydowanie aktor Masayuki Mori sprostał temu trudnemu zadaniu. Udało mu się odmalować postać mężczyzny prostolinijnego i dobrodusznego, ale nie głupiego. Delikatnego, ale nie zniewieściałego. Czułego, ale nie przymilnego. Godne uwagi jest też jego blade, chorowite oblicze, które wyraźnie podkreśla fakt, że książę był epileptykiem. W powieści nie było tak odczuwalne w poczynaniach księcia, że w istocie był on delikatnego zdrowia i słaby fizycznie.
Parfien Rogożyn (Denkichi Akama) - chyba nie wyobrażam sobie dobrego starego japońskiego filmu bez Toshirô Mifune. Nie wyobrażam sobie też tego namiętnego, targanego silnymi emocjami bohatera granego przez kogoś chłodnego i zdystansowanego jak klasyczny bohater dramatu samurajskiego. Toshirô Mifune jest bez wątpienia Rogożynem, o którym marzyłby sam Dostojewski. Szalony, dziki, tak intensywny w swoich gestach, słowach i poczynaniach - nie wiem, czy japońskie kino tamtych czasów miało drugiego tak ekspresyjnego aktora filmowego jak on.
Nastazja Filipowna (Taeko Nasu) - muszę przyznać, że Nastazja Filipowna jest chyba moją ulubioną postacią w tej powieści i spodziewałam się wiele po Setsuko Hara. Nie zawiodłam się! Aktorka jest przede wszystkim olśniewająco piękna. Jako Teko Nasu jest dumna, uparta, namiętna i zgorzkniała przez okrutny świat mężczyzn traktujących ją jak zabawkę. Nie podoba mi się jednakże to, że tak prosto i bez ogródek przedstawiono ją jako kobietę, którą miał każdy - nie jest to spójne z powieściową Nastazją Filipowną, która była po prostu utrzymanką Tockiego, ale taką wychowywaną od dzieciństwa na jego prywatny użytek. Nie ujawniono też okoliczności, które ukazywały, jak szalona i skrzywdzona była ta kobieta: jak groziła Tockiemu śmiercią, jeżeli ożeni się z inną kobietą (a on oczywiście chciał w końcu ożenić się z posażną panną i jawić się społeczeństwu jako uczciwy człowiek), a sama gardziła nim i odrzucała jego oświadczyny. Reasumując: w samym filmie było jej zdecydowanie ZA MAŁO.
Agłaja Jepanczyn (Ayako) - niestety, ta postać mnie dosyć rozczarowała. Przede wszystkim wygląd aktorki - nie jest wcale tak piękna jak powieściowa Agłaja, jest całkiem przeciętna (strasznie mnie wkurzał jej pieprzyk przy nosie). Sama aktorka grała dobrze, ale chyba bycie nieco nieśmiałą i rozpuszczoną pannicą każda młoda kobieta ma we krwi. Natomiast dał ciała scenarzysta: Ayako zbyt czule i bezpośrednio uwielbia Kamedę. Jest oczywistym, że go kocha, jednakże tak wprost okazywane uwielbienie i uznanie było zbyt poważne, kompletnie nie w stylu młodej damy rozpieszczonej przez bogatych rodziców i zadufanej w swojej urodzie. Powieściowa Agłaja ciągle kpiła z księcia i publicznie ośmieszała go, choć darzyła oczywiście szczerym uczuciem. Pamiętam, że podczas lektury okropnie mnie irytowało jej zachowanie.
Inni bohaterowie - bardzo się cieszę, że zepchnięto na dalszy plan postać Lebiediewa (w filmie pana Karube) i nie było w ogóle Hipolita, bo te postaci doprowadzały mnie do szewskiej pasji swoją podłością, męczyła mnie wręcz ich obecność. Trochę natomiast szkoda, że w pewnych momentach miejsce Lizawiety Prokofiewny, generałowej Jepanczyn (pani Satoko) zajął generał Jepanczyn (pan Ono). Czy to była walka z emancyacją kobiet? Lizawieta Prokofiewna jest silną osobowością, kobietą obdarzoną dużą inteligencją i charyzmą - może to nie pasowało do wizerunku przykładnej japońskiej żony i matki? Jeśli tak, to wielka szkoda, bo sama powieść jest po części rozważaniami nad kwestią feminizmu.
Filmowy Gawriła Ardalionowicz Iwołgin (Kayama) jest taki jak i w powieści: nudny, mały krętacz, zdecydowanie słaby punkt samej historii wyjściowej.
Czas i miejsce
Scenografia, muzyka i zdjęcia - mówię to z punktu widzenia osoby, która ogląda sporo filmów i bywa czasem znudzona nawet najdoskonalszym technicznie filmem - są absolutnie oszałamiające! Akcja rozgrywa się podczas zimy na wyspie Hokkaido, pośród śnieżnych zamieci, wycia wiatru i kilkumetrowych warstw śniegu. Stwarza to niesamowity nastrój, jakby podkreślający, jak dziki i okrutny jest świat na zewnątrz i że ludzie muszą walczyć wszelkimi sposobami o swoje miejsce przy piecu. Z umiejscowieniem akcji u progu lat 50. scenarzyści poszli zdecydowanie poszli na łatwiznę, gdyż z pewnością było łatwiej przedstawić pewne szczegóły powieści kiedy bohaterowie żyją bardziej w zachodnim stylu.
Co jednak jest najważniejsze i Kurosawa genialnie uchwycił: prawdziwym złem tej historii i podstawą tego dramatu jest samo społeczeństwo, jego sztywne normy obyczajowe rodzącą irytującą obłudę. Jak powiedział Tiutczew: "Rosji rozumem nie ogarniesz" - jak wiele niezrozumiałego ma w sobie ten na poły azjatycki kraj! Czytając powieść chwilami nie mogłam zrozumieć bohaterów i ich czynów, ich pobudek, sensu ich słów. Może dlatego Kurosawa podjął się ekranizacji tej właśnie powieści: bo obyczajowość japońska jest również pełna niuansów i - przynajmniej z punktu widzenia obcych - niedorzeczności. Czyż nie tak właśnie świat widzi Japonię - jako coś, czego nie da się ogarnąć rozumem?
Wszystko to oczywiście tylko moje przemyślenia, z którymi możecie się zgodzić lub nie. Faktem jest natomiast, że ten film bardzo mnie poruszył, nakłonił do wielu refleksji (w połączeniu z książką), co chyba jest wystarczającym powodem, aby umieścić go, w dobie ładnych filmików o niczym, na piedestale.
"Idiota" ("Hakuchi")
rok produkcji: 1951
reżyseria: Akira Kurosawa
scenariusz: Eijirô Hisaita, Akira Kurosawa (na motywach powieści Fiodora Dostojewskiego pt. "Idiota")
strona filmu w serwisie IMDB
Etykiety: ciekawostki, filmy, refleksje 1 komentarzy
czwartek, 4 października 2007
Bo feeling to kwestia duszy, a nie pochodzenia

W dzisiejszej notce chciałam się podzielić pewną ciekawostką - zespołem Orquesta de la Luz.
Zjawisko niezwykłe, bez precedensu: jeden z najlepszych zespołów salsa w historii, i na dodatek z Japonii! Zwykłam uważać, że za muzykę "stylową" powinni brać się tubylcy, ale bądźmy szczerzy: gdyby ta zasada miała rację bytu, to jazz nigdy nie opuściłby Nowego Orleanu i Chicago, a co wart byłby świat bez Komedy czy Garbarka?
Tak więc wokalistka o pseudonimie Nora i grupa utalentowanych tokijskich muzyków założyli w 1984 roku zespół salsy.
Ich pierwszy album "De La Luz", wydany w 1990 roku, zawojował świat muzyki latynoamerykańskiej. Niesamowity feeling, znakomity styl, pozytywna energia i hiszpańskie teksty (podobno członkowie zespołu nie znali hiszpańskiego, uczyli się tekstów fonetycznie) - tego rdzenni muzycy z Puerto Rico nie mogli lekceważyć. Zespół wydał w następnych latach jeszcze 5 płyt, jednakże rozpadł się w 1995 roku (po przedawkowaniu ballad i jazzu, które widocznie nie przyniosły im spodziewanej artystycznej satysfakcji), w 1998 roku została wydana "pośmiertnie" płyta koncertowa i nosiła podtytuł "adios amigos". Po rozpadzie zespołu Nora wróciła do śpiewania tradycyjnej, staroświeckiej salsy.
Po 11 września 2001 zespół reaktywował działalność w ramach koncertu-protestu wobec przemocy. W roku 2004 wydali płytę zatytułowaną "iBANZAAAY after 9 years!", kontynuują wydawanie płyt i wygląda na to, że tym razem nie opuszczą sceny tak prędko.
A teraz tradycyjnie - wybrane przeze mnie najsmaczniejsze kąski z youtube. Przygotujcie się na zachwycający popis muzyki, energii i porządną dawkę radości w czystej postaci.
"Salsa Caliente del Japón"
"Arroz con Salsa"
oficjalna strona zespołu: http://laluz.jp
Etykiety: ciekawostki, muzyka 3 komentarzy
niedziela, 9 września 2007
35 lat w 10 sekund
Natrafiłam w sieci przypadkowo na bardzo ciekawy materiał filmowy: 10-sekundowy filmik pokazujący 35 lat (1969-2004) rozwoju tokijskiej dzielnicy Shinjuku.
Polecam!
Etykiety: ciekawostki, historia 2 komentarzy












