Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 grudnia 2008

Girls rock! (and swing)



Już jakiś czas temu zwierzałam się w notce "Jazz zamiast harcerstwa", dlaczego mam ogromny sentyment do zjawiska młodzieżowych zespołów muzycznych, zwłaszcza jazzowych. Tak się ciekawie złożyło, że ostatnio miałam okazję obejrzeć kilka bardzo fajnych filmów o podobnej tematyce, które gorąco polecam.


It don't mean a thing...


"Swing girls"
rok produkcji: 2004
reżyseria: Shinobu Yaguchi
więcej o filmie w IMDB...


Grupa dziewcząt w pewnym prowincjonalnym liceum ostentacyjnie okazuje brak zainteresowania wszystkimi i wszystkim: wakacyjnym lekcjom matematyki, nauczycielom, szkolnej orkiestrze dętej, a zwłaszcza muzyce jazzowej. Jednakże, pewnego słonecznego popołudnia, kiedy dostarczają rzeczonej orkiestrze nieświeży lunch i niechcący wysyłają ich do szpitala na kilka dni, muszą się nagle zainteresować graniem na instrumentach, żeby reprezentować szkołę na festiwalu muzycznym. Początkowo są nieco przekorne i niechętne, ale w końcu odnajdują się w sytuacji, i nawet kiedy zjawia się z powrotem bardziej doświadczona orkiestra, dziewczęta z uporem maniaka kontynuują próby.

Przeszkody, jakie napotykają na swojej drodze początkujący muzycy, są czasem trudne do przeskoczenia. Najpierw trzeba kupić instrumenty - używane, bo na nowe nikogo nie stać. Potem trzeba naprawić instrumenty. Potem znaleźć miejsce na próby. Potem trzeba przekonać gitarzystki, że nie grają już w swoim zespole rockowym. Potem nauczyć się, co to synkopa. No i nauczyć się paru utworów. Nauczyć się grać równo. Przygotować uniformy. Tyle roboty...

Ale efekt jest wart zachodu!



Film jest niesamowicie zabawny, pogodny i wzruszający. Polecam z całego serca na poprawę humoru po ciężkim dniu.


Glamorous girl


"Nana"
rok produkcji: 2005
reżyseria: Kentarô Ôtani
scenariusz na motywach mangi autorstwa Ai Yazawa
więcej o filmie w IMDB...


Pewnego jesiennego wieczoru w pociągu do Tokyo spotykają się dwie dwudziestolatki. Łączy ich ten sam wiek i imię: Nana. Dzieli ich wszystko inne: sposób ubierania się, zainteresowania, plany na przyszłość, powód przyjazdu do Tokyo, temperament... Jednakże, parę dni po podróży los połączy ich znowu, we wspólnie wynajmowanym mieszkaniu. Mimo różnic, a może właśnie dzięki nim, dziewczyny połączy wielka przyjaźń, która przyniesie im obu oparcie i ukojenie.



Początkowo trohę nieufnie podchodziłam do tego filmu, zwłaszcza głównych postaci, nieco przerysowanych - ale przestało mnie to dziwić, kiedy dowiedziałam się, że fabuła jest oparta na mandze. Trzeba przyznać, że rzadko zdarza się tak wierne przełożenie komiksowej estetyki na warunki fabularne.



Fabuła jest raczej babska, nieco zakrawająca na romansidło, ale przy tym dość pouczająca i wciągająca. No i muzyka, która odgrywa znaczącą rolę w filmie - miła dla uszu miłośników j-rocka. Na próbę: najbardziej znany przebój z filmu, piosenka "Glamorous days".



Reasumując: film, który może nie powali na kolana, ani nie wniesie nic nowego do waszego życia, ale na pewno dostarczy dobrej rozrywki. Swoją drogą, mały ptaszek mi powiedział, że na motywach owej mangi powstał też serial anime - więc, drodzy czytelnicy, gdyby ktoś coś wiedział, jak mogę to zdobyć, to poproszę o cynk ;)


Girls rock!


"Linda, Linda, Linda"
rok produkcji: 2005
reżyseria: Nobuhiro Yamashita
więcej o filmie w IMDB...


Japońskie liceum, gdzieś na prowincji. Dość osobliwa szkoła, która ma nieźle wyposażoną salę muzyczną i kilka amatorskich zespołów rockowych. Jednym z nich jest żeński zespół, w którym grają Kyoko, Kei i Nozumi. Niestety, jak to wśród dziewczyn w wieku szkolnym bywa: dwie się obrażają na siebie, inna łamie rękę na meczu koszykówki... Band stoi na krawędzi rozpadu, kiedy Kei dość spontanicznie rekrutuje do zespołu uczennicę z wymiany międzynarodowej, Koreankę imieniem Son. Dziewczęta mają kilka dni i nocy, żeby opanować trzy piosenki z repertuaru legendarnej japońskiej grupy punkowej z lat 80., The Blue Hearts. Son ma jeszcze mniej czasu, żeby opanować japoński na tyle dobrze, by móc zaśpiewać. Kei musi opanować grę na gitarze. Oprócz tego serce nie sługa i paru szkolnych zalotników usilnie usiłuje rozproszyć nasze początkujące artystki. Czy dziewczynkom się uda?



Oczywiście, że tak, ale zakończenie filmu to akurat najmniej znaczący element tej historii. Dlatego chyba nikt nie będzie mi miał za złe, że na zachętę pokażę scenę finałową...



Właśnie ten film z całej trójki uważam za najciekawszy i najbardziej godny polecenia. Może nie dlatego, że odbiega jakoś poziomem artystycznym od pozostałych, ale z powodu kilku drobniejszych "smaczków":

  • Niepowtarzalny klimat japońskiej komedii: "Swing girls", jakkolwiek przezabawny i ogólnie fantastyczny, jest nieco rubaszny. "Linda, Linda, Linda" to komedia bardziej w stylu japońskim: raczej mało płynne dialogi, trochę dłużyzn i fabuła prowadzona w sposób mało oczywisty (zwłaszcza sam początek). Dla mało obeznanych z japońską komedią może się to wydać trochę nużące, ale naprawdę zachęcam do spróbowania. Osobiście wolę filmy, w których trzeba włączyć mózg, nawet, jeżeli mają być rozrywkowe.
  • The Blue Hearts - uważany za jeden z najbardziej wywrotowych zespołów w historii japońskiego rocka, często przyrównywany do The Clash i Sex Pistols. Świetny punk rock i doskonała odtrutka na nijakie pioseneczki zespołów Visual Kei (których osobiście nie lubię, z małymi wyjątkami).
    Dla porównania: utwór "Linda Linda", wykonywany również przez nasze dzielne dziewczyny.



    Serdecznie polecam te filmy wszystkim japonofilom i muzykoholikom, wszystkim zdołowanym zimowym niedoborem światła, wszystkim, którzy po cichu brzdąkają na gitarze w domach, chociaż mogliby oglądać telewizję aż zasną, no i przede wszystkim - lubiącym się pośmiać i dobrze pobawić.


    O filmach zapewne nie tylko bym nie usłyszała, ale i też nie mogła ich obejrzeć, gdyby nie pewien ciekawy blog znaleziony w otchłaniach internetu:
    The Wired
    Polecam :)

  • wtorek, 21 października 2008

    Zatańczymy?

    ...czyli "Shall we dansu?" kontra "Shall we dance?".


    Właściwie to wszystko zrobiłam na opak. Najpierw zobaczyłam wersję amerykańską, potem usłyszałam o japońskiej, która była pierwowzorem, a potem zobaczyłam wersję japońską.
    Jeśli chodzi o sam film - cóż, ograniczę się do stwierdzenia, że warto zobaczyć którąkolwiek wersję.



    Historia wygląda następująco: zmęczony rutyną i obowiązkami wobec rodziny salaryman, podczas jazdy pociągiem do domu, po kolejnym męczącym dniu w pracy, dostrzega w oknie szkoły tańca młodą kobietę o melancholijnym spojrzeniu. Po paru dniach postanawia zapisać się na kursy do owej szkoły, aby lepiej poznać smutne dziewczę, które wypatrzył z okna pociągu, lecz nie spodziewając się wcale, że taniec stanie się jego nowym hobby, któremu poświęci się z wielką ochotą, i że podstawy quickstepa i walca pomogą mu odnaleźć radość życia i spotkać prawdziwych przyjaciół.


    Jak już wspomniałam, trudno mi się właściwie zdecydować, który film był lepszy. Generalnie pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to że wersja amerykańska jest dość dokładnie zerżnięta z japońskiej! Jestem głęboko oburzona tym brakiem kreatywności. Historia nie przyniosła mi żadnej niespodzianki, nawet niektóre dialogi zostały skopiowane, oczywiście wiekszość gagów, a nawet sposób zachowania niektórych bohaterów.


    Jednakże, kiedy bliżej się przyjrzeć obu filmom, można zaobserwować nie tylko ciekawą różnicę obyczajów w obu krajach, ale też to, jak zmieniła się moda i zapatrywania filmowców na taniec przez te 8 lat między powstaniem obu filmów.

  • odtwórczyni roli smutnego dziewczęcia - jeżeli chodzi o względy czysto wizualne, wolę J. Lo (możecie sobie darować teksty o szerokim tyłku; J.Lo jest najseksowniejsza na świecie i basta!). Jeżeli chodzi o ich taniec - tu jest duża przepaść. Paulina w wolnych chwilach wywija piruety w dresach, Mai zawsze chodzi w eleganckich, zwiewnych spódnicach. J.Lo jest mimo wszystko tylko aktorką filmową i gwiazdą pop, a Tamiyo Kusakari była tancerką baletową. To widać choćby w jej postawie i ruchach: prościutka jak struna i wydaje się płynąć nad parkietem podczas tańca.

  • wygląd bohaterów - w ciekawostkach o "Shall we dansu?" wyczytałam, że twórcy filmu mieli ogromny dylemat, czy właściwym posunięciem będzie obsadzenie Koji Yakusho w głównej roli, gdyż jest on zbyt przystojny i elegancki. Najwidoczniej taka im przyświecała idea: "zwykli ludzie odmieniają swoje życie poprzez taniec" (oprócz Mai, która jest księżniczką w wysokiej wieży). Bohaterowie są wszyscy ubrani nieciekawie (swoją drogą, ta moda wczesnych lat 90. jest obrzydliwa), kobiety mają śladowe ilości makijażu i zwykłe fryzury, są też, delikatnie mówiąc, niezbyt szczupłe. Amerykanie musieli to oczywiście podkolorować i wygładzić: główny bohater nosi drogie garnitury (i jest prawnikiem, który nigdy nie narzeka na finanse), jeden z trójki kursantów w szkole tańca jest czarny (wiwat PC!), kierowniczka szkoły tańca popija (cóż za dramatyzm...), Pauline wywodzi się z rodziny prowadzącej pralnię chemiczną, czyli z ludu (rodzice Mai są właścicielami szkoły tańca), samotna mamuśka wygląda atrakcyjnie (ta w japońskiej wersji jest dość korpulentna, ale zwinna), żona głównego bohatera jest obiektem uwielbienia wszystkich poza własnym mężem (pani Sugiyama to typowa, japońska żona: szara myszka czekająca na męża z kolacją). Cóż, widocznie tak trzeba, żeby zatrzymać przed ekranem przeciętnego ciamkacza popcornu.



  • bardziej śmiały taniec - wersja amerykańska postawiła na latynoskiego ducha, troszkę więcej golizny i szczyptę improwizacji (vide J.Lo i Gere tańczący do utworu Gotan Project). Taniec w wersji japońskiej jest bardziej sztywny i konserwatywny, scena "sam na sam" między młodą nauczycielką i głównym bohaterem polega na rozmowie, a nie śmiałym tańcu.



    Tak więc, naprawdę trudno mi się zdecydować, który z tych dwóch filmów jest lepszy. W gruncie rzeczy są do siebie bardzo podobne i to już wpływa na niekorzyść wersji amerykańskiej, bo po prostu Japończycy byli pierwsi. Richard Gere i Koji Yakusho równie oszałamiająco przystojni. Moda i muzyka zasadniczo lepsza w wersji amerykańskiej.

    Jest jednakże jeden, dość ważny według mnie, szczegół, który pominięto w wersji amerykańskiej. Chodzi o historię Mai/Pauliny. Zwróćmy uwagę, że Paulina nie opowiada naprawdę jasno, co się stało w finałach w Blackpool, gdzie poniosła klęskę. Generalnie Paulina jest dość nudną postacią i więcej wygląda niż mówi. Mai ma historię i jest swego rodzaju przeciwwagą dla reszty bohaterów, "zwykłych" ludzi, którzy cieszą się tańcem. Nie zdradzę bliższych szczegółów, bo nie chcę psuć niespodzianki.

    Staram się być uczciwa i nie potępiać w czambuł wszystkiego co amerykańskie, chwaląc wszystko co japońskie. Dlatego wszystkim skonsternowanym radzę: obejrzyjcie oba i sami zdecydujcie, co wolicie.

    Shall we dansu?
    rok produkcji: 1996
    scenariusz i reżyseria: Masayuki Soo
    występują: Koji Yakusho, Tamiyo Kusakari, Eriko Watanabe, Naoto Takenaka, Hideko Hara i inni
    Shall we dance
    rok produkcji: 2004
    scenariusz: Masayuki Suo, Audrey Wells
    reżyseria: Peter Chelsom
    występują: Richard Gere, Jennifer Lopez, Susan Sarandon, Stanley Tucci, Lisa Ann Walter i inni

  • niedziela, 28 września 2008

    Nareszcie coś dla oka



    Nie sposób uogólniać, nie sposób jednoznacznie stwierdzić, czy Japończycy są bardziej czy mniej urodziwi od Europejczyków. Ja jestem raczej skłonna twierdzić, że pod każdą szerokością i długością geograficzną znajdą się zapierające dech "ciacha". Ci, którzy mają szczególny urok, goszczą z reguły na mniejszych i większych ekranach. Zgodnie z tematyką bloga, polecam uwadze pań - i być może panów, nie wnikam w niczyje preferencje i staram się nie dyskryminować żadnej opcji - paru naprawdę gorrrących panów z Kraju Kwitnącej wiśni.

    Tadanobu Asano (ur. 27 listopada '73 w Yokohamie). Muzyk, aktor, producent, model. Znany z takich filmów jak "Smak herbaty", "Funky forest: the first contact", "Zatoichi", "Mongoł"... Osobiście mój numer 1. Pochłaniam każdy film, jaki pojawia się w moim zasięgu z jego choćby śladowym udziałem. Niestety, nie miałam dotąd okazji usłyszeć zbyt wiele muzyki jego zespołu rockowego.
    Drogie panie i panowie, spokojnie: jest żonaty (z popularną piosenkarką japońską o pseudonimie Chara) i ma kilkuletnią latorośl.

    Shinji Takeda (ur. 18 grudnia '72 w Sapporo). Aktor, muzyk. Dość tajemniczy facet, trudno znaleźć jakieś konkretne informacje na jego temat w internecie. Lubię jego krzaczaste brwi i nieco mocniejsze rysy, niezbity dowód na korzenie rasy Ainu (który to lud osiadł kiedyś na Hokkaido). Można go podziwiać w filmach "Tabu" i "Tokyo eyes" (którego, niestety, jeszcze nie widziałam). Swego czasu natrafiłam na youtube na jego występ na żywo z zespołem Go!Go!7188, gdzie gościnnie przygrywał na saksofonie w utworze "Bugu". Szkoda, że jakieś pazerniaki zdrapały to z "tuby" :(

    Kôji Yakusho (ur. 1 stycznia '56 w Nagasaki) popularny na Zachodzie aktor, ze świetnie opanowanym angielskim. Znany z kreacji w filmach "Babel", "Wyznania gejszy" lub "Jedwab". Mały ptaszek właśnie mi powiedział, że grał on również główną rolę w filmie "Shall we dansu", pierwowzorze hollywoodzkiego hitu z Jennifer Lopez i Richardem Gere. Chciałabym ten film zobaczyć, więc jeżeli któryś z szanownych czytelników cokolwiek wie o jego dostępności, polecam się ich uwadze ;) Lubię twarz Koji, jest bardzo szlachetna. Szkoda, że to nie on grał rolę Prezesa w "Wyznaniach gejszy", przypomina mi jego powieściowy opis, gdzie Sayuri opisuje twarz Prezesa jako swoje własne wyobrażenie oblicza Buddy.

    Akira Terao (ur. 18 maja '47 w Kanagawa), aktor i muzyk. Wystąpił w trzech filmach Kurosawy "Dreams", "Ran" i "Ame agaru". W Japonii znany jest także jako piosenkarz, wykonawca hitu lat 80., piosenki "Ruby no youbiwa". Żeby ukrócić wszelkie podejrzenia: nie należę do grona postrzelonych dzierlatek, które lubią "dojrzałych mężczyzn" (żeby nie powiedzieć "starych pierników"). Lubię po prostu uśmiech Akiry. Jest taki pogodny i dobroduszny. Na pewno głównie dlatego, że twarz Akiry kojarzy mi się z postacią Ihei Misawa z "Ame agaru".

    Ken Watanabe (ur. 21 października '59 w Uonuma). Aktor, znany z kreacji w hollywoodzkich hitach takich jak "Wyznania gejszy" (tam w roli Prezesa), "Ostatni samuraj", a ostatnio "Listy z Iwo Jimy" (którego jeszcze nie widziałam, ale niebawem zamierzam). Ujmujący, choć trudno mi wyrazić, dlaczego. Chętnie zobaczyłabym go w jakimś prawdziwie japońskim filmie, gdzie porzuca na dobre swój doskonały angielski na rzecz japońskiego.



    Susumu Terajima (ur. 12 listopada '63 w Tokyo) to chyba jeden z najbardziej pracowitych aktorów japońskich. Pojawia się dosłownie w każdym filmie, który warto zapamiętać: filmach o yakuza Takeshi Kitano ("Brother", "Hana-bi"), u Katsuhito Ishii ("Smak herbaty", "Naisu no mori"), u Takashi Miike ("Ichi the killer"). Potrafiłby zagrać nawet stołową nogę, gdyby chciał. Bo co to dla aktora, który był już gangsterem, policjantem, pierdołowatym nauczycielem w gimnazjum i duchem?



    Takeshi Kaneshiro (ur. 11 listopada '73 na Taiwanie) - ten pan trochę nie pasuje do zestawu, ponieważ, mimo ojca-Japończyka i japońskiego nazwiska, ten pan jest przede wszystkim urodzony w Chińskiej Republice Ludowej (dyskusję o przynależności Tajwanu do ChRL zostawmy sobie na inną okazję) i jest powszechnie znany jako aktor chiński ("Dom latających sztyletów" Zhang Yimou, "Fallen angels" Wong Kar Wai). Niemniej, Takeshi biegle włada japońskim i czasem pokazuje się w japońskich produkcjach (ostatnio w filmie SF "Returner"). Buźkę ma przeuroczą i jest naprawdę gorrrrący, więc nie mogłam sobie podarować okazji, żeby ją tu umieścić.

    Ktoś mógłby się trochę zdziwić, że umieszczam tu tylko aktorów i to nie najmłodszych. Cóż, po pierwsze: nie lubię gwiazd Visual Kei, bawi mnie bardzo ten styl i podziwiam odwagę tych chłopaków, ale wolę mężczyzn ubranych tradycyjnie. Jeżeli zas chodzi o młodocianych aktorów, to chyba potrzebują jeszcze wiele szlifu, bo ich twarze są bardzo nijakie i nie kojarzą mi się z niczym.

    poniedziałek, 11 sierpnia 2008

    Japonia w filmach zachodnich



    Temat Dalekiego Wschodu był zawsze chwytliwy na Zachodzie, ale dopasowywanie historii i obyczajów Japończyków na potrzeby Hollywood wypada na ogół żenująco i głupio. Nie bądźmy jednak niesprawiedliwi - są perełki, które każdy szanujący się japonofil powinien zaliczyć, choć obrazy te zostały zrobione za amerykańskie dolary.

    Między słowami (Lost in translation)

    Drugi film Sofii Coppoli, po dość udanym debiucie reżyserskim w filmie "Przekleństwa niewinności" ("Virgin suicides"). Opowiada historię spotkania dwojga Amerykanów: Boba, aktora, który czasy świetności ma już za sobą i dla podreperowania budżetu kręci reklamę whiskey Suntory w Tokyo i Charlotte - żony swojego męża-fotografa, który jest tak zajęty fotografowaniem j-rockowego zespołu i brylowaniem w tzw. śmietance, że nie zauważa, jak znudzona i zagubiona jest jego młoda żona. Co ciekawe, film ten jest bardzo osobisty, co potwierdzają niektóre fakty z życia Sofii Coppoli i Billa Murraya. Istotnie, Sofia odwiedziła Tokyo po raz pierwszy w towarzystwie swojego pierwszego męża, Spike'a Jonze, który zaniedbywał ją, ale się lansować w tokijskich kręgach artystycznych. Ten właśnie wyjazd był gwoździem do trumny ich małżeństwa. Bill Murray natomiast istotnie przeżywał w owym czasie kryzys i Sofia Coppola mocno się natrudziła, żeby odnaleźć go i namówić do powrotu na plan filmowy. No i tajemnicą Poliszynela jest, że przebrzmiałe sławy amerykańskiej Fabryki Snów istotnie dorabiają sobie w japońskich reklamach.

    Japonia oczami dwojga nieco zblazowanych i bardzo zagubionych Amerykanów wygląda pstrokato, hałaśliwie i zabawnie, trochę przy tym męcząco. Na pierwszy rzut oka można by pomyśleć: jakże to tak? Są w Tokio, pierwszy i być może ostatni raz w życiu, a zabijają nudę w hotelowym basenie? A jednak z własnego doświadczenia wiem, jak obce miejsce potrafi przytłoczyć osobę, ktora nie jest dziennikarzem National Geographic. Charlotte i Bob ciężko znoszą kulturalną barierę i nie rozumieją Japończyków, ale chwilowe zanurzenie się w zgiełk karaoke, salonów pachinko i nocnego życia w Shinjuku pozwala im zdystansować się i spojrzeć z innej perspektywy na swoje życie. Co ciekawe, owo objawienie przychodzi właśnie z zagubienia, a nie z odwiedzin buddyjskich świątyń czy gorących kąpieli. Kocham ten film gorąco od pierwszego obejrzenia i być może jego obejrzenie było jedną z podwalin mojego japonofilstwa.
    więcej o filmie w IMDB...

    Czarny deszcz (Black rain)

    Nie jestem miłośniczką filmów sensacyjnych, ale Ridley Scott dobrym filmowcem jest i uznałam, że mogę mu zaufać. I dobrze zrobiłam! Świetne oddanie atmosfery nocnego życia w Tokio: nocne kluby, hostessy, yakuza... Rzadko spotyka się amerykański film robiony z takim szacunkiem dla obcej kultury i obcych standardów estetycznych.

    Film opowiada o amerykańskim policjancie, który wraz z partnerem ma za zadanie odstawić do Tokyo niebezpiecznego przestępcę, członka yakuzy nazwiskiem Sato. Niestety, na miejscu gangster zostaje odbity, partner głownego bohatera skrócony o głowę, a nasz samotny mściciel chce pomścić śmierć przyjaciela i złapać Sato. Oprócz różnych smaczków, takich jak amerykańska hostessa w night clubie (wszyscy chyba wiedzą, jak wielkie wzięcie mają białe blondynki w Japonii; nie brakuje ofert pracy dla Polek i Ukrainek w charakterze hostessy, modelki lub tancerki), Sato odcinający sobie palec, aby obłaskawić szefów, którym podpadł, rzekome formularze policyjne w języku japońskim, które okazują się druczkami z ubezpieczalni (bo kogo obchodzą normy międzynarodowe), cała historia ma japoński wydźwięk. Nick (główny bohater) nie chce wrócić do swojego kraju bez zakończenia sprawy śmierci partnera i złapania Sato - zupełnie jak przed wiekami robili samuraje, którzy nie mogli się pokazać u swojego daimyo na dworze, dopóki nie naprawili szkód i nie zmyli plamy na honorze, jeżeli taka się pojawiła. Również, w ostateczności, Nick zwraca się o pomoc nie do policji, która chce go deportować z powrotem do USA i zatuszować sprawę, tylko do samej rodziny yakuzy, której Sato podlega, gdyż sam rozumie, że członkowie yakuzy najlepiej sami pilnują porządku w swoim gronie i lepiej nie mieszać do tego osób trzecich czy organów państwowych - zupełnie jak w feudalnej Japonii, w której nikt nie ufał władzy centralnej i wszelkie problemy był rozwiązywanie w obrębie wioski, rodziny, zamku, szkoły fechtunku itp.
    więcej o filmie w IMDB...

    Kill Bill vol. 1

    Błyskotliwy i przebojowy film Quentina Tarantino, chyba tak sławny, że nie warto go tutaj streszczać, ale dla porządku: panna młoda zostaje ciężko ranna na swoim ślubie, jej narzeczony zabity, a nienarodzone dziecko unicestwione. Budzi się po kilku latach ze śpiączki i szuka zemsty, jako pierwszy obiekt wybierając O-ren Ishii (w tej roli świetna Lucy Liu), a przedtem odbywając trening u mistrza Hattori Hanzo na Okinawie.



    Postać O-Ren Ishii - fuj (kobieta-szef yakuzy? chyba tylko w komiksach!). Japoński Umy Thurman - fuj. Reszta - mniam!

    Podoba mi się, że Tarantino odbiegł w stronę estetyki anime i manga, przerysowując postaci i akcję, zwłaszcza sceny walk. Cały tokijski epizok do jedno wielkie puszczenie oka w stronę japońskich filmowców wszystkich pokoleń, od Akiry Kurosawy po Takashi Miike.
    Dzięki Tarantino i "Kill Bill" odkryłam Meiko Kaji i jej piosenki, które bardzo lubię. Co więcej, dzieki "Kill Bill" świat zachodni poznał wielokrotnie juz przeze mnie wychwalany film "Smak herbaty", gdyż Katsuhito Ishii jest autorem sekwencji animowanej w "Kill Bill vol.1" i "Cha no aji" został zaprezentowany na pokazach towarzyszących. Dzięki, mister Q!
    więcej o filmie w IMDB...

    Pillow book

    Film opowiada historię Nagiko, miłośniczki kaligrafii, która szuka kochanka, bedącego jednocześnie mistrzem pędzla. Kiedy poznaje angielskiego tłumacza, Jerome (świetnego kochanka i strasznego gryzmoły), sama zaczyna tworzyć, za materiał obierając sobie ludzkie ciało. To tak po wierzchu, bo w rzeczywistości historia ma jeszcze drugie i trzecie dno, i może jeszcze czwarte.

    Dlaczego warto?
    Po pierwsze: śmiałość i wyrazista erotyka. Greenaway odszedł w ten sposób od europejskiej pruderii w stronę tradycji shunga. Można śmiało i pięknie jednocześnie? Można.
    Po drugie: pierwszy kontakt z bodajże najstarszym zabytkiem literatury dworskiej w Japonii, tytułową "Książką do poduszki" Sei Shonagon, damy dworu cesarzowej w okresie Heian. Dzieło to jest obficie cytowane przez Nagiko, a ona sama tworzy coś podobnego w formie poprzez prowadzenie pamiętnika.
    Po trzecie: nastrojowość i piękno. Niepowtarzalne.
    więcej o filmie w IMDB...

    8 1/2 kobiety

    I znowu Peter Greenaway, najwyraźniej przeżywający wówczas okres wzmożonej fascynacji Japonią.

    Akcja rozgrywa się głównie w Anglii, ale również w Kyoto. Nagle owdowiały starszy, zamożny człowiek, za namową syna zakłada sobie swoj prywatny harem, gromadząc dookoła na swoje usługi 8 dziwnych kobiet o bardzo złozonych osobowościach. Kilka z nich pochodzi właśnie z Kyoto,w którym rozgrywa się kilka scen. Szczególnie polecam uwadze oglądających "koncert" z grających neonów salonów gier w Kioto.
    więcej o filmie w IMDB...

    Nie warto skreślać filmu o Japonii tylko dlatego, że jest amerykański/brytyjski/francuski. Nie będzie to może dobre uzupełnienie kompendium wiedzy o Japonii, ale na pewno pouczające zetknięcie z wrażliwością drugiego japonofila. Na szczęście nie każdy jest tak głupi i ograniczony jak Arthur Golden...

    niedziela, 22 czerwca 2008

    Zły bliźniak



    Jakiś czas temu na łamach niniejszego bloga rozpływałam się nad filmem "Smak herbaty". Niedawno, zupełnie przypadkiem, nadziałam się na jego złego brata-bliźniaka. Film w założeniach podobny, ale... No właśnie.

    Co tu dużo ukrywać: każdy ma rodzinę i wie, że ogólnie z rodziną najlepiej wychodzi na zdjęciu. Nie ma chyba rodziny bez tajemnic, skrywanych żalów, wzajemnych pretensji i niedomówień. Oczywiście nie twierdzę, że nie ma takich rodzin jak państwo Haruno ze "Smaku herbaty", bo osobiście znam taką rodzinę - JEDNĄ na setki, niestety.

    Tak więc, rodzina Wagou, bohaterowie filmu "Funuke Show Some Love, You Losers!" to rodzina, jakich wiele. Mieszkają na wsi, pracują, uczą się. Starsza córka robi karierę aktorską w stolicy, młodsza córka uczy się w miejscowym liceum, a ich starszy brat zajmuje się kiepsko płatnymi pracami, piciem i okazjonalnym biciem żony. Są też rodzice, którzy na samym początku giną w tragicznych okolicznościach na oczach najmłodszej córki. Ich pogrzeb jest okazją do spotkania się rodzeństwa i rozdrapywania dawnych ran. Niestety, pojednanie nie jest rzeczą łatwą, a dla widzów zapewne nudną.

    I, jak na ironię, właśnie ich ciągła walka jest motorem całego filmu. Każda kolejna scena ujawnia nowe okoliczności, nowe fakty i wprawia w coraz większą konsternację. A i tak finał historii przebija wszystko. Dialogi są mocne i dosadne, a aktorstwo pełne pasji (szczególnie zwracam uwagę na postać starszej siostry, odtwarzanej przez Eriko Sato - majstersztyk!).

    Ten film jest chory. Chory i dziwny. Chory, dziwny i mocny. Dlatego poprzestanę na tym lakonicznym opisie, żeby nie popsuć nikomu wrażeń jakimkolwiek uszczerbkiem na suspensie. Obejrzyjcie!




    Funuke domo, kanashimi no ai wo misero (Funuke show some love, you losers!)
    rok produkcji: 2007
    reżyseria: Daihachi Yoshida
    scenariusz (na motywach mowieści Yukiko Motoya): Daihachi Yoshida
    występują: Eriko Sato, Aimi Satsukawa, Hiromi Nagakasu, Masatoshi Nagase
    film otrzymał nagrodę "Wolnego Ducha" na Warszawskim Festiwalu Filmowym w 2007 roku

    niedziela, 15 czerwca 2008

    Myśl japońskiego kina


    Wygląda na to, że blog Japonofilki popadł w totalne zapomnienie. Obiecuję zająć się lepiej moim najbardziej zaniedbanym internetowym dzieckiem.

    Jako zagorzała kinomanka, lubię surfować po witrynie Internet Movie Database. Jest to moje najważniejsze źródło wiedzy o kinie, także japońskim. IMDB, oprócz encyklopedycznych informacji o ludziach kina, filmach i serialach posiada również sporą kolekcję cytatów z filmów i wywiadów. Lubię je czytać, gdyż są bardzo zabawne i pouczające. Tym razem, na użytek mojego zaniedbanego bloga, zrobiłam małe badania w zbiorach cytatów wybitnych osobistości japońskiego kina.
    (tłumaczenie z angielskiego, więc proszę o wyrozumiałość; mimo, że mieszkam już 9 miesięcy w ojczyźnie Guinnessa, ciągle mój angielski jest daleki od doskonałości)

    Takeshi Kitano

    (o filmie "Takeshis")"Chciałem zrobić film, którego zupełnie nie da się zaszufladkować. Chciałem, aby widzowie wyszli z kina nie wiedząc, co o myśleć i mówić o tym filmie."

    "Nie lubię sposobu, w jaki Tarantino pokazuje przemoc. "Pulp fiction" nie jest w ogóle realistyczny. Pokazywanie przemocy w sposób realistyczny wymaga dużej wytrzymałości i nie jest łatwe."

    "Komicy mają rozśmieszać ludzi robieniem rzeczy, których nie powinno się robić. Jeżeli zaczynają wchodzić na teren wartości rodzinnych i humanitaryzmu, nie są już śmieszni."

    "Kiedy piszę scenariusz, mam już cały film w głowie, więc kiedy zaczynamy zdjęcia, po prostu to robimy. Bardziej interesuje mnie proces montażu, więc zdjęcia odbywają się w dużym pośpiechu. Może nie mam potem wystarczająco dużej ilości ujęć, ale właśnie to, jak zrobię film z tego co mam, jest najbardziej interesującym procesem twórczym."

    "Postaci w moich filmach często znajdują się w dużych kłopotach i stresie, są mocno poirytowane. Nastrój ten udziela się publiczności, która w napięciu oczekuje, dokąd to wszystko zmierza."

    Takeshis' - scenariusz i reżyseria: Takeshi Kitano


    Akira Kurosawa

    "Dla mnie, sztuka filmowa to połączenie wszystkich sztuk. Właśnie dlatego poświęciłem jej swoje życie. W filmie jest malarstwo, literatura, muzyka i teatr. A jednak film to ciągle film."

    "Wszyscy ludzie mają podobne życiowe problemy. Film może być zrozumiany tylko wtedy, kiedy właściwie je przedstawia."

    "Wszystkie postaci w moich filmach starają się żyć uczciwie i przeżyć dane sobie życie jak najlepiej. Wierzę, że trzeba żyć uczciwie i ciągle się doskonalić. Ludzie, którzy to robią, są prawdziwymi bohaterami."

    "Z dobrego scenariusza dobry reżyser zrobi arcydzieło. Średniej jakości reżyser zrobi z tego scenariusza film po prostu przyzwoity. Jednakże, jeżeli scenariusz jest zły, nawet dobry reżyser nie zrobi z tego dobrego filmu. Aby osiągnąć pełnię ekspresji filmowej, kamera i mikrofon muszą przejść przez ogień i wodę. Tylko dobry scenariusz może to sprawić."

    Ame Agaru - reżyseria: Takashi Koizumi, scenariusz: Akira Kurosawa


    Takashi Miike

    "Nie myślę zbyt wiele o publiczności, ani o tym, co ich zadowoli, bo tego nikt nigdy nie odgadnie. To bardzo japońskie: rozmyślać nad wartością rozrywkową i reakcją publiczności na nasze przedsięwzięcie. Takie myślenie jest staroświeckie. Zakłada ono, że publiczność to jednolita masa, a przecież tak naprawdę każdy widz z osobna jest inny. Rozrywka dla wszystkich nie istnieje."

    "Nie stworzyłem żadnych reguł filmu. Nie jestem wystarczająco wykształcony i mądry, aby je tworzyć. Robię filmy całe życie i lubię to, choć to ciężka i czasochłonna praca. Kiedy już zrobię film, oczywiście mam nadzieję, że odniesie on sukces, bo chciałbym, aby inni podzielali moją pasję."

    "Mogę tworzyć realistycznie tylko wówczas, kiedy mam pokazać coś nierealistycznego."

    Ichi the killer (Koroshiya 1) - reż. Takashi Miike, scenariusz wg mangi autorstwa Hideo Yamamoto


    Na przykładzie tych trzech panów widać, jak różne jest ich podejście nie tylko do sztuki filmowej i życiowego powołania, ale także upodobania estetyczne.
    Którego z nich wybierasz?

    Mój wybór to Akira Kurosawa. Wypowiedź na temat dobrych ludzi i uczciwego życia niemal natychmiast przywiodła mi na myśl jeden z moich najbardziej ubóstwianych filmów: "Ame agaru". Jego filmy, jak i wypowiedzi powyżej świadczą o tym, że Kurosawa był artystą, który tworzył przede wszystkim sercem.

    Takeshi Kitano niespecjalnie mnie zaskoczył. Jego styl kręcenia filmów jest dobrym wytłumaczeniem ich późniejszej konstrukcji: sekwencje nieco dziwacznych, oderwanych od siebie ujęć, które załatwiają całą narrację bez słów. Beat Takeshi robi na mnie wrażenie chłodnego, zdystansowanego (mimo, że był i nadal trochę jest komikiem) i działającego pod dyktando rozumu. Chylę czoła przed jego umysłem. Filozofia kina Kitano jest genialna w swojej prostocie.

    Ciekawie natomiast jawi mi się sylwetka Takashi Miike. Odnoszę wrażenie, że dla niego robienie filmów to jakaś sadystyczna, na wskroś egoistyczna przyjemność, w której my, jako widzowie, uczestniczymy tylko przypadkiem. Tutaj również jestem pełna podziwu, bo trudno być artystą, który tworzy tak po prostu to, co chce, nie oglądając się na chwyty marketingowe i krytykę. On też tworzy z głębi serca. Tylko czy to dobrze? Jego filmu są takie brutalne i mroczne... hmm... Może dobrze, że wyraża siebie poprzez film, a nie pracę w yakuzie.

    niedziela, 10 lutego 2008

    Dostojewski i Kurosawa



    Niedawno postanowiłam zaznajomić się ze zjawiskiem książki mówionej (praca trochę wyczerpuje mój wzrok i cierpliwość do przyswajania słowa pisanego). Na pierwszy ogień poszedł "Idiota" Fiodora Dostojewskiego w interpretacji Jacka Rozenka. Zawsze chciałam przeczytać tę powieść, a Dostojewski jest dość... mówiąc oględnie, ciężki, więc uznałam że czytany przez ładny męski głos będzie nieco łatwiejszy w odbiorze.
    Nie myliłam się ani co do Dostojewskiego, ani co do książki mówionej. Historia bardzo mnie wciągnęła i już prawie skończyłam "czytać". Uznałam więc, że mogę teraz obejrzeć jakąś ekranizację, zwłaszcza, że powieść bardzo podziałała na moją wyobraźnię i miałam już jakąś wizję, jak wyglądają bohaterowie.
    Całkiem przypadkiem natrafiłam w wikipedii na informację, że ekranizacji tej wspaniałej powieści podjął się sam Akira Kurosawa. Było dośc oczywiste, że nie mogłam tego przegapić!
    Kurosawa zrobił to oczywiście na swój sposób: akcję przeniósł z XIX-wiecznej Rosji do powojennej Japonii. Bohaterowie otrzymali japońskie imiona i nazwiska, zmieniły się też trochę ich zawody, rangi i okoliczności w jakich los rzuca ich w wir wydarzeń. Jadnakże sama istota historii, a także większość jej szczegółów pozostała niezmieniona.
    Nie będę się zagłębiać w szczegóły fabuły - odsyłam do powieści, bo naprawdę warto. Skupię się bardziej na samym filmie i moich spostrzeżeniach.

    Bohaterowie


    Książę Lew Nikołajewicz Myszkin (Kinji Kameda) - zdecydowanie aktor Masayuki Mori sprostał temu trudnemu zadaniu. Udało mu się odmalować postać mężczyzny prostolinijnego i dobrodusznego, ale nie głupiego. Delikatnego, ale nie zniewieściałego. Czułego, ale nie przymilnego. Godne uwagi jest też jego blade, chorowite oblicze, które wyraźnie podkreśla fakt, że książę był epileptykiem. W powieści nie było tak odczuwalne w poczynaniach księcia, że w istocie był on delikatnego zdrowia i słaby fizycznie.


    Parfien Rogożyn (Denkichi Akama) - chyba nie wyobrażam sobie dobrego starego japońskiego filmu bez Toshirô Mifune. Nie wyobrażam sobie też tego namiętnego, targanego silnymi emocjami bohatera granego przez kogoś chłodnego i zdystansowanego jak klasyczny bohater dramatu samurajskiego. Toshirô Mifune jest bez wątpienia Rogożynem, o którym marzyłby sam Dostojewski. Szalony, dziki, tak intensywny w swoich gestach, słowach i poczynaniach - nie wiem, czy japońskie kino tamtych czasów miało drugiego tak ekspresyjnego aktora filmowego jak on.


    Nastazja Filipowna (Taeko Nasu) - muszę przyznać, że Nastazja Filipowna jest chyba moją ulubioną postacią w tej powieści i spodziewałam się wiele po Setsuko Hara. Nie zawiodłam się! Aktorka jest przede wszystkim olśniewająco piękna. Jako Teko Nasu jest dumna, uparta, namiętna i zgorzkniała przez okrutny świat mężczyzn traktujących ją jak zabawkę. Nie podoba mi się jednakże to, że tak prosto i bez ogródek przedstawiono ją jako kobietę, którą miał każdy - nie jest to spójne z powieściową Nastazją Filipowną, która była po prostu utrzymanką Tockiego, ale taką wychowywaną od dzieciństwa na jego prywatny użytek. Nie ujawniono też okoliczności, które ukazywały, jak szalona i skrzywdzona była ta kobieta: jak groziła Tockiemu śmiercią, jeżeli ożeni się z inną kobietą (a on oczywiście chciał w końcu ożenić się z posażną panną i jawić się społeczeństwu jako uczciwy człowiek), a sama gardziła nim i odrzucała jego oświadczyny. Reasumując: w samym filmie było jej zdecydowanie ZA MAŁO.


    Agłaja Jepanczyn (Ayako) - niestety, ta postać mnie dosyć rozczarowała. Przede wszystkim wygląd aktorki - nie jest wcale tak piękna jak powieściowa Agłaja, jest całkiem przeciętna (strasznie mnie wkurzał jej pieprzyk przy nosie). Sama aktorka grała dobrze, ale chyba bycie nieco nieśmiałą i rozpuszczoną pannicą każda młoda kobieta ma we krwi. Natomiast dał ciała scenarzysta: Ayako zbyt czule i bezpośrednio uwielbia Kamedę. Jest oczywistym, że go kocha, jednakże tak wprost okazywane uwielbienie i uznanie było zbyt poważne, kompletnie nie w stylu młodej damy rozpieszczonej przez bogatych rodziców i zadufanej w swojej urodzie. Powieściowa Agłaja ciągle kpiła z księcia i publicznie ośmieszała go, choć darzyła oczywiście szczerym uczuciem. Pamiętam, że podczas lektury okropnie mnie irytowało jej zachowanie.

    Inni bohaterowie - bardzo się cieszę, że zepchnięto na dalszy plan postać Lebiediewa (w filmie pana Karube) i nie było w ogóle Hipolita, bo te postaci doprowadzały mnie do szewskiej pasji swoją podłością, męczyła mnie wręcz ich obecność. Trochę natomiast szkoda, że w pewnych momentach miejsce Lizawiety Prokofiewny, generałowej Jepanczyn (pani Satoko) zajął generał Jepanczyn (pan Ono). Czy to była walka z emancyacją kobiet? Lizawieta Prokofiewna jest silną osobowością, kobietą obdarzoną dużą inteligencją i charyzmą - może to nie pasowało do wizerunku przykładnej japońskiej żony i matki? Jeśli tak, to wielka szkoda, bo sama powieść jest po części rozważaniami nad kwestią feminizmu.
    Filmowy Gawriła Ardalionowicz Iwołgin (Kayama) jest taki jak i w powieści: nudny, mały krętacz, zdecydowanie słaby punkt samej historii wyjściowej.

    Czas i miejsce

    Scenografia, muzyka i zdjęcia - mówię to z punktu widzenia osoby, która ogląda sporo filmów i bywa czasem znudzona nawet najdoskonalszym technicznie filmem - są absolutnie oszałamiające! Akcja rozgrywa się podczas zimy na wyspie Hokkaido, pośród śnieżnych zamieci, wycia wiatru i kilkumetrowych warstw śniegu. Stwarza to niesamowity nastrój, jakby podkreślający, jak dziki i okrutny jest świat na zewnątrz i że ludzie muszą walczyć wszelkimi sposobami o swoje miejsce przy piecu. Z umiejscowieniem akcji u progu lat 50. scenarzyści poszli zdecydowanie poszli na łatwiznę, gdyż z pewnością było łatwiej przedstawić pewne szczegóły powieści kiedy bohaterowie żyją bardziej w zachodnim stylu.


    Co jednak jest najważniejsze i Kurosawa genialnie uchwycił: prawdziwym złem tej historii i podstawą tego dramatu jest samo społeczeństwo, jego sztywne normy obyczajowe rodzącą irytującą obłudę. Jak powiedział Tiutczew: "Rosji rozumem nie ogarniesz" - jak wiele niezrozumiałego ma w sobie ten na poły azjatycki kraj! Czytając powieść chwilami nie mogłam zrozumieć bohaterów i ich czynów, ich pobudek, sensu ich słów. Może dlatego Kurosawa podjął się ekranizacji tej właśnie powieści: bo obyczajowość japońska jest również pełna niuansów i - przynajmniej z punktu widzenia obcych - niedorzeczności. Czyż nie tak właśnie świat widzi Japonię - jako coś, czego nie da się ogarnąć rozumem?

    Wszystko to oczywiście tylko moje przemyślenia, z którymi możecie się zgodzić lub nie. Faktem jest natomiast, że ten film bardzo mnie poruszył, nakłonił do wielu refleksji (w połączeniu z książką), co chyba jest wystarczającym powodem, aby umieścić go, w dobie ładnych filmików o niczym, na piedestale.


    "Idiota" ("Hakuchi")
    rok produkcji: 1951
    reżyseria: Akira Kurosawa
    scenariusz: Eijirô Hisaita, Akira Kurosawa (na motywach powieści Fiodora Dostojewskiego pt. "Idiota")
    strona filmu w serwisie IMDB

    niedziela, 27 stycznia 2008

    Byłeś niegrzeczny? Chodź, opowiem ci bajeczkę...


    Bywają bajki, których nie wypada opowiadać po zmroku i na pewno NIE do poduszki. Do takich baśni należą utwory ze zbioru "Kwaidan: opowieści niesamowite" autorstwa Lafcadio Hearna.

    Lafcadio Hearn

    Lafcadio Hearn był amerykańskim dziennikarzem pochodzenia irlandzkiego. Pod koniec XIX wieku znalazł się w Japonii jako korespondent prasowy. Ten wyjazd zmienił na zawsze jego życie: zapałał on głęboką miłością do Kraju Kwitnącej Wiśni, porzucił posadę dziennikarza i zatrudnił się w Matsue jako nauczyciel angielskiego. Dwa lata później ożenił się z córką miejscowego samuraja, otrzymał obywatelstwo Japonii i przybrał nazwisko Koizumi Yakumo.
    W przeciągu kolejnych dwóch lat opanował perfekcyjnie język japoński i został wykładowcą literatury angielskiej na Uniwersytecie Cesarskim w Tokio. Wtedy zaczął też pisać książki o Japonii, adresowane głównie do ludzi Zachodu. Opublikował około czternastu książek, do dziś uważanych za najbardziej rzetelne opisy Japonii z okresu Meiji (1868-1912).

    Książka

    Zbiór opowiadań i esejów "Kwaidan: Stories and Studies of Strange Things" ukazał się w 1903 roku (w 1984 roku został wydany w Polsce dzięku Wydawnictwu Łódzkiemu). Składa się na niego kilkanaście opowiadań i trzy eseje poświęcone symbolice owadów w legendach japońskich.

    Opowiadania są pięknym przykładem literackiego horroru. Światy zwierząt, demonów i ludzi splatają się w niezwykłym tańcu, którego rytm dyktuje często przypadek. Upiory, które nigdy nie mają dobrych intencji (duszek Kacperek mógł tylko powstać w takiej fabryce głupoty jak Hollywood, przecież wiadomo, że dusza, która ciągle pląta się po ziemi po śmierci ciała miała coś na sumieniu za życia). Demony żyjące w ciele twojej żony, sąsiada lub samotnego mnicha, który ugościł cię tego wieczora. Bogowie mszczący się okrutnie za małe ludzkie podłości.

    To wszystko działa bardzo na wyobraźnię i na pewno dostarczy niesamowitych wrażeń miłośnikom gatunku. Mimo, że to tylko słowo drukowane, takie okropności jak "Krąg" czy "Klątwa" robią się jakieś dziwnie płaskie i tandetne przy tych małych opowiastkach...

    Film

    Ekranizacji opowieści podjął się w 1964 roku Masaki Kobayashi.
    Film składa się z czterech nowel filmowych, będących adaptacją opowiadań Lafcadio Hearna:
    - "Pojednanie" (ze zbioru "Shadowings")
    - "Kobieta śniegu" i "Hoichi Bez Uszu" (ze zbioru "Kwaidan: opowieści niesamowite")
    - "W czarce herbaty" ze zbioru "Kottō: Being Japanese Curios, with Sundry Cobwebs"

    Tutaj również mamy do czynienia z doznaniem raczej obcym nawet miłośnikom gatunku. Film ten bowiem nie zawiera scen drastycznych, nie dzieje się w nim zbyt wiele. Jest ponury, nastrojowy, pełen niedomówień i zawisłego w powietrzu strasznego napięcia. Krajobrazy, detale scenografii i muzyka - wszystko to buduje piękny, tajemniczy klimat grozy.

    Żeby nie być gołosłowną - zamieszczam mały przedsmak:



    Serdecznie polecam książkę i film wszystkim miłośnikom Japonii i horrorów. Na pewno będziecie się bać!

    sobota, 22 września 2007

    Urodzeni 6 grudnia


    Pomijam fakt, że do tej grupy zalicza się autorka niniejszego bloga. I Bartosz Opania. I Henryk Mikołaj Górecki. Najważniejszą postacią w tej grupie będzie dziś dla mnie wyjątkowo nie moja nieskromna osoba, tylko świetny japoński kompozytor Joe Hisaishi.

    Czy pamiętacie rzewny walczyk z filmu "Hana-bi", przy którym Takeshi Kitano rozkwasza mordy dwóm młodocianym przestępcom na parkingu? Albo wesołą i prostą melodyjkę, którą wygrywał Totoro na okarynie, siedząc wieczorami na gałęzi drzewa kamforowego? No to może porywający walc, kiedy Hauru i Sophie chodzili w przestworzach nad miasteczkiem?
    Jeśli lubicie filmy Takeshi Kitano lyb Hayao Miyazaki, i zwracacie uwagę na muzykę w filmie, to na pewno kojarzycie już tego pana.

    Trudno mi przecenić jego twórczość i wrażliwość, no i przede wszystkim wszechstronność (urodzeni 6 grudnia już tak mają). Bez problemu dostosowywał się do klimatu filmu, ale jednocześnie rzucając nieco świeższe spojrzenie na konwencje soundtrackowe. W dynamicznych scenach zamiast agresywnej industrialowej rozpierduchy - piękna muzyka symfoniczna. We wzruszającej scenie - dynamiczny jazz. Ballada na orkiestrę smyczkową, piosenka pop, utwór w konwencji smooth jazz? Nie ma sprawy.

    Należę do tej znienawidzonej przez muzykologów rzeszy ignorantów, którzy muzykę klasyczną doceniają tylko w filmach (chociaż może nie do końca, bo kocham Chopina i Gershwina). Może dlatego, że muzyka musi mi się z kimś kojarzyć, więc klasycystyczne plumkanie w stylu Beethovena jest nudne, bo bez kontekstu. Muzyka pana Joe Hisaishi jest nie tylko pięknym tłem, ale też jest interesująca oderwana od filmu. Oczywiście oprócz muzyki filmowej tworzy on też samodzielne kompozycje, bardzo ładne i wysmakowane, choć z pewnością nie awangardowe.

    Ciekawostka: Joe Hisaishi to oczywiscie nie jest prawdziwe nazwisko tego pana, tylko pseudonim. Kanji "hisaishi" może być też czytane jako "kunshi", co ma być japońską transkrypcją imienia Quincy, Joe pochodzi od nazwiska Jones. Ciekawe, że choć Joe Hisaishi to taki Quincy Jones po japońsku, to jednak twórczość bohatera tej notki z jazzem ma niewiele wspólnego...

    No dobrze, pora na muzykę. Słowa nie nuty!

    Z przepastnych zasobów youtube wybrałam następujące utwory:

    Temat z filmu "Mój sąsiad Totoro"



    Koncert na fortepian i nonet wiolonczelowy - "Madness"



    Oficjalna strona kompozytora

    niedziela, 9 września 2007

    Dokąd zmierzasz?



    Dziś chciałabym opowiedzieć o pewnym nietypowym filmie anime.

    "Omohide poro poro" ("Only yesterday")
    reżyseria: Isao Takahata
    rok produkcji: 1991

    Dlaczego uważam ten film za nietypowy? Otóż przyjęło się uważać w Europie, a szczególnie w Polsce, że filmy anime to produkcje skierowane raczej do dzieci, bajki lub science fiction. Sama osobiście tylko z takim anime się do czasu obejrzenia tego filmu stykałam. Tymczasem "Omohide poro poro" jest zwyczajnym filmem obyczajowym, tylko animowanym.

    Spotkałam się z opinią, że wyróżniając ten film jako nietypowy robie sobie obciach nieznajomością tematu, bo przecież w Japonii anime i mangę robi się o wszystkim i dla wszystkich, nie tylko o walecznych księżniczkach i dla dzieci. Owszem, wiem o tym. Ale w Polsce panuje taki stereotyp, a nie każdy jest wielce oblatanym w świecie anime maniakiem. Ja na przykład nie, bo tak się składa, że Japonia to nie tylko manga i anime, o czym tacy jak oni na ogół mają nikłe pojęcie. Tak więc, drodzy otaku z pianą na ustach, wracajcie do swojego ciasnego świata.

    A ja robię swoje.

    27-letnia urzędniczka, Taeko, prowadzi skromne, samotne życie. Właśnie, ku wielkiemu oburzeniu rodziny, odrzuciła oświadczyny i wybiera się na urlop na wieś, do rodziny swojego szwagra, gdzie ma zamiar w ramach aktywnego wypoczynku pomagać przy zbiorach. Nieoczekiwanie zaczynają ją nawiedzać wspomnienia z czasów, kiedy miała 10 lat i wiele niespełnionych marzeń i próbuje spojrzeć z dystansu na to, kim jest i czym jest jej życie. Ucieczka z wielkiego, zatłoczonego miasta i skamieniałego od rutyny życia w świat natury i prostych, ale mądrych ludzi przynosi jej ukojenie, leczy rany z przeszłości i dodaje odwagi, by spojrzeć w przyszłość.

    Lubię i wyróżniam ten film z dwóch powodów.

    Po pierwsze, przesłanie tego filmu. Nadaje otuchy, pokazuje, że warto czasem wyjść ze swojej skorupy i spróbować zaryzykować w poszukiwaniu szczęścia, porzucić dotychczasowe, wygodne życie.

    Po drugie, i to jest ten ważniejszy powód, ten film to ciekawe wejrzenie w obyczajowość Japończyków.

    Wszyscy wiemy, jak świat widzi Japończyków: całe życie tyrają jak osły w kieracie, nie miewają wakacji, nie kwestionują swoich życiowych celów, chcą tylko robić pieniądze i pracować. Nieprawda! Oni też wiedzą co to przyjemność, a co to obowiązek i nie obawiają się szukać życiowej drogi. Kobietom jest niestety trudniej, bo presja społeczeństwa, aby zostać żoną i matką i zrzec się kariery zawodowej, jest bardzo silna.

    Drugi ciekawy wątek to dzieciństwo Taeko, przypadające na lata 60. w Tōkyō. Starsza siostra zasłania się teczką z rysunkami, kiedy nosi mini spódniczkę. Dzieci mają obowiązek zjadać calusieńki lunch w szkole, bo biedne dzieci w Wietnamie nie mają co jeść. Wszyscy martwią się złymi ocenami Taeko z matematyki (nawiasem mówiąc, właśnie między innymi takie podejście sprawia, że ten kraj przoduje w technologiach; może w Polsce też by tak trzeba? W końcu jak się przysłuży gospodarce kolejny batalion magistrów filozofii, socjologii, historii etc.?). Tata nie pozwala sobie na czułość i wyrozumiałość, zasłaniając się gazetą, papierosowym dymem i swoimi surowymi zasadami. Trudny to świat dla dziecka, trudny dla do zrozumienia dla gaijinów, trudny do respektowania przez młodzieńczy buntowniczy charakter.

    Tak więc polecam gorąco ten film wszystkim. Japonofilom w ramach studiów nad kulturą, kinomanom - bo to zwyczajnie dobry film, zagubionym w poszukiwaniu życiowej drogi - w ramach pokrzepienia serc. Myślę, że film ten spodoba się również osobom nie przepadającym za kanonem estetycznym anime, gdyż animacja w tym filmie jest bardziej realistyczna i stonowana.



    Więcej o filmie w serwisie IMDB

    sobota, 2 czerwca 2007

    Zaczarowany świat Hayao Miyazaki, czyli szczęśliwe japońskie dzieci



    Na temat anime jest wiele stron www, książek, fachowej prasy, a nawet trochę prac magisterskich i doktoratów. Chyba każdy gaijin słyszał cokolwiek o anime lub widział fragment "Czarodziejki z księżyca" czy "Dragon ball".

    Dlatego też nie zamierzam się wymądrzać na temat anime, a bardziej skupić na swoich refleksjach nad paroma moimi ulubionymi filmami autorstwa guru anime, Miyazaki Hayao.


    Żelazna Kurtyna, potem zalew kultury amerykańskiej i hollywoodzkiej sieczki, no i wszechobecny w zachodniej cywilizacji stereotyp, że "kreskówki" sztuką nie są, nie sprzyjały popularyzacji filmów pana Miyazaki w Polsce i dopiero dwie ostatnie produkcje zostały zauważalnie wprowadzone do polskich kin.


    Walcząc jak lew na różne sposoby, udało mi się jak dotąd obejrzeć następujące pozycje (i zarazem prawie wszystkie "pełnometrażowce"):
    - "Hauru no ugoku shiro" ("Ruchomy zamek Hauru", 2004)
    - "Sen to Chihiro no kamikakushi" ("Spirited away: w krainie bogów", 2001)
    - "Mononoke hime" ("Księżniczka Mononoke", 1997)
    - "Kurenai no buta" ("Szkarłatny pilot", 1992)
    - "Majo no takkyûbin" ("Kiki's Delivery Service", 1989)
    - "Tonari no Totoro" ("Mój sąsiad Totoro", 1988)
    - "Tenkû no shiro Rapyuta" ("Laputa - zamek w chmurach", 1986)
    - "Kaze no tani no Naushika" ("Nauzykaa z Doliny Wiatru",1984)

    Trudno streścić w kilku słowach, o czym opowiadają te filmy, z resztą podejrzewam, że profesjonalni recenzenci zrobią to lepiej ode mnie. Najważniejsze jest w nich to, że są najpiękniejszym i najbardziej skomplikowanym koncertem fantazji w światowej kinematografii. Przypuszczam, że wielką rolę odgrywa tu animacja, która ma znacznie szersze możliwości niż tradycyjne filmy z nawet najlepszymi efektami specjalnymi i scenografią. Na przykład, w filmie "Nauzykaa z Doliny Wiatru" pojawiają się dziwaczne rośliny i zwierzęta (przypuszczam, że właśnie to był zalążek koncepcji pokemonów - stworków będących dziwacznymi krzyżówkami znanych zwierząt). W "Mój sąsiad Totoro" i "Spirited away: w krainie bogów" mamy do czynienia z przenikaniem się świata bogów i ludzi. I wszędzie jest pełno magii, niezwykłości i fantazji.

    Na przykładzie owych filmów widać też, jak bardzo japońska mentalność jest różna od zachodniej. Np. w "Mój sąsiad Totoro" rodzina wprowadza się do nawiedzonego domu i... cieszy się z tego! Podczas, gdy w zachodnim filmie nawiedzony dom to zawsze kłopoty i ofiary śmiertelne, pan Kusakabe idzie z Mei i Satsuki do świątyni w ramach "dobrosąsiedzkich stosunków". Kiedy dla odmiany na Zachodzie zrobiono film o przyjaznym duszku Kacperku, wyszła z tego głupia i sentymentalna papka.

    I to ostatnie stwierdzenie prowadzi mnie do następującej obserwacji: filmy te są tak inteligentne i wyzute z wszelkiej egzaltacji, że mogą być interesujące zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych, niosąc zawsze ciekawe i pouczające przesłanie: że trzeba dbać o środowisko naturalne i żyć w zgodzie z naturą, że wojna jest niszczącym wszystko złem, że trzeba mieć w życiu pasję.



    Myślę, że można jeszcze długo interpretować każdy film z osobna i każdy detal, ale nie będę wyręczać ewentualnych autorów prac magisterskich. Zakończę zatem mój felieton w jedyny możliwy sposób: zachęcając was z całego serca do obejrzenia tych filmów!



    Moje ulubione to "Nauzykaa z Doliny Wiatru", "Mój sąsiad Totoro" i "Spirited away: w krainie bogów". A wasze?